Z tą płytą wiąże się pewna przykra historia, którą wam teraz, drodzy czytelnicy, opowiem. Otóż w czasach bujnej młodości studenckiej mieszkałem w Warszawie razem z dwoma przyjaciółmi. Jeden z nich miał niezwykle szkodliwą, jak się potem okazało, skłonność do studentek FUW-u, i gdy jedna z tych studentek odwiedzała kiedyś nasze mieszkanie, zauważyła na mojej półce płytę Herbiego Hancocka i s-ki pt. Gershwin’s World. Zapytała, czy może ją pożyczyć, a ja oczywiście z wrodzonej grzeczności zgodziłem się. Przyjaciel mój wkrótce potem rozstał się rzeczoną studentką, a płyta moja przepadła. Ten przydługi wstęp stanowi więc swego rodzaju apel: niecna koleżanko, jeśli to czytasz (a jestem przekonany, że nie czytasz), pokalaj się, przyodziej wór pokutny i oddaj mi moją płytę!
Ale dosyć już sensacji, mówmy o muzyce. Album Gershwin’s World nie jest nowy, na dodatek o ile mi wiadomo nadal cieszy się dobrymi wynikami sprzedaży. Ten album jest trochę jak film Ocean’s Eleven — wiemy, czego się spodziewać, żadna rewolucja nas nie spotka, a mimo to chętnie oglądamy, głównie ze względu na sprawną realizację i plejadę gwiazd. Read the rest of this entry »
In jazz, recenzje on październik 23, 2009 at 13:34
Pierwszy album z serii 50th Birthday Celebration, który wpadł mi w ręce, to część czwarta, czyli Electric Masada. Byłem wówczas przekonany, że całe to świętowanie 50-tych urodzin to zgryw, a część czwarta jest czwarta, “bo tak”. Okazało się jednak, że Zorn i s-ka nagrali w sumie 12 (!) płyt z okazji 50-tych urodzin lidera, a ja postaram się teraz napisać o nich dwa słowa.
Najpierw akapicik o sprawach podstawowych i najważniejszych, czyli kto gra i co gra. Wszystkie albumy to nagrania live, nagrywane we wrześniu 2003 w klubie Tonic. Po kolei:
Masada String Trio, czyli Mark Feldman (skrzypki), Eric Friedlander (wiolonczela, ach jaka wspaniała wiolonczela), Greg Cohen (bas) i John Zorn (oficjalnie określany jako “dyrygent”; w rzeczywistości siedzący po turecku przed triem i kiwający głową);
Milford Graves (perkusja) & John Zorn (saksofon altowy);
Był już kiedyś taki metapost, teraz rzucę kolejny. Wzorem Axuna od niedawna udostępniliśmy na JazzLogu gwiazdki pod każdym wpisem, aby każdy, komu nie chce się (lub kto nie ma czasu) pisać komentarza, mógł wyrazić swoją opinię. Myślę, że takie rozwiązanie dla wielu czytelników będzie wygodne.
Poza tym zbieranie opinii w ten sposób pozwoli nam na lepsze wybadanie, co też podoba się naszym czytelnikom najbardziej. Na razie zauważyłem, że pomysł z tekstami o różnych mniej lub bardziej znanych labelach jest raczej chybiony. Choć wydało mi się ciekawe pisanie o firmach, które promują dobrych artystów i wydają dobre nagrania, to właśnie te posty są spośród wszystkich czytane najrzadziej. Gdyby oba otrzymały od wszystkich czytelników po jednej gwiazdce, byłby to jasny sygnał dla mnie, że nie ma sensu więcej o nich pisać.
Dodatkowo zamieszczam pod tym wpisem sondę, w której każdy może oddać głosik i tym samym wpłynąć na przyszłość JazzLoga w nowym sezonie. Howgh!
Kochani,
na JazzLogu od dawna nie pojawia się nic nowego — wiemy i przepraszamy, ale niestety w te wakacje, choć po raz pierwszy od ładnych paru lat nie pracujemy zarobkowo, oboje z Karoliną kończymy prace magisterskie, które mamy zamiar obronić we wrześniu/październiku. Słuchamy, rzecz jasna, dużo muzyki, ale niestety rzadko mamy czas na chwilę refleksji nad nią. No dobrze, na refleksję czas mamy, ale dzielimy się nią zazwyczaj podczas rozmów lub wymieniając maile, takie jak ten który dostałem od Karoliny wczoraj w nocy:
Tak sobie myślę, że w baroku pisano muzykę doskonałą. Pewnie to nie jest żaden oryginalny pogląd i często takie opinie się słyszy lub czyta, jednak to co innego usłyszeć tę doskonałość na własne uszy. Nawet uświadomienie sobie truizmów zajmuje czasem sporo czasu i wymaga wysiłku — wiedzą o tym wszyscy, którzy cierpieli na kursie klasycznego rachunku zdań;)
Bolą mnie już dzisiaj uszka od słuchawek. Jest środek nocy, wszyscy śpią, więc w domu jest cisza i mogłabym je zdjąć, ale… nie mogę. No po prostu nie, bo w słuchawkach mam Giuliano Carmignolę, który mi gra doskonałe koncerty Vivaldiego, zaraz potem pojawia się Andreas Scholl z doskonałą kantatą Bacha, przed chwilą Kremer zagrał mi drugą partitę z najdoskonalszą ze wszystkich Ciacconą, a w kolejce jest jeszcze Anner Bylsma na barokowej wiolonczeli, potem znowu Giuliano i Andreas. No i nie mogę zdjąć tych słuchawek. Read the rest of this entry »
Z płytą Silencio kojarzą mi się same dobre rzeczy. Muzyka na niej zawarta jest przepiękna, mogę jej słuchać o każdej porze dnia i nocy, uwielbiam Gidona Kremera i wszystko, czego tylko on się dotknie, a jednak mam o tym albumie coś do powiedzenia — znaczy, że nie może być tak dobry. Powoli, po kolei. Nie będę pisał kim jest Gidon Kremer i co to za zespół ta Kremerata Baltica, bo takie rzeczy każdy może sobiesprawdzić. Warto natomiast opowiedzieć o poszczególnych fragmentach albumu, bo, choć wszystkie można zbiorczo określić jako minimalistyczne, bardzo się od siebie różnią.
Płytę otwiera wspaniała kompozycja “Tabula Rasa” Arvo Pärta. Przyznam się od razu, że nie znałem wcześniej tego utworu i jeśli wy, drodzy czytelnicy, także go nie znacie, to zapewne zrobi na was równie piorunujące wrażenie, jakie zrobił na mnie. Kapitalna kompozycja, do tego zagrana jak trzeba: ostro, zimno i nieprzyjemnie, ale jak pięknie. Pärt zadedykował ten utwór Kremerowi (prawykonanie w 1977 r.) i widać, że tego typu muzyka doskonale pasuje to stylu skrzypka. Read the rest of this entry »
Kochani,
z okazji maja na belgijskich uczelniach panuje niezwykłe napięcie — semestr się kończy, deadline’y cisną i sesja nadchodzi. Dlatego też przez cały miesiąc opublikowaliśmy na JazzLogu tylko jeden tekst. Przepraszamy, ale… dużo lepiej nie będzie, a przynajmniej nie od razu. Aby tymczasowo rozluźnić atmosferę i jednocześnie zrobić sobie (i czytelnikom) radosny prezent z okazji nadchodzącego dnia dziecka, przygotowaliśmy dla was coś, co wszyscy lubią najbardziej — czyli top 5.
Rankingi są głupie, wiemy, ale sami łapiemy się na tym, że chętniej przeczytamy tekst o nagłówku “10 najlepszych gier lat 90-tych” niż “Najlepsze gry lat 90-tych”. Taka już ludzka natura — głupia. Poniższy ranking jest do tego subiektywny (a jakże), niekompletny i napisany w jeden wieczór zupełnie od czapy. Nie traktować poważnie, wyluzować się i odprężyć. Sugestie innych kawałków w podobny deseń w komentarzach mile widziane. Here we go!
5. Leszek Możdżer, Lars Danielsson, Zohar Fresco — Smells Like Teen Spirit (Nirvana)
Na początek prezentujemy rodzimego Leszka M. Leszek gra fajnie, ale moją sympatię stracił zupełnie po kilku ostatnich albumach. Tak czy inaczej Nirvana w trio z Danielssonem i Fresco wyszła mu nieźle, więc dajemy chłopakom piąte miejsce. Nagranie można też usłyszeć na płycie The Time (Outside Music 2005). Read the rest of this entry »
Jest to chyba jedyny album, jaki przewinął się przez moje ręce, o którym bym przez dwa miesiące nie wiedział, co napisać. Tak jest, przeszło dwa miesiące wisi już ta recenzja w wordpressowych draftach. Wszystkie poprzednie jej wersje wyrzuciłem, a obecną napisałem bardzo szybko, więcej kasując niż pisząc (stąd taka krótka).
Najpierw krótko o tym, kim są panowie Liebman i Eskelin. Obaj są saksofonistami amerykańskimi, obu szufladkuje się jako artystów awangardowych. Znaczy to ni mniej, ni więcej, że grają inaczej niż większość, nagrywają w niewielkich wytwórniach i… mają niewielu miłośników. Dziennikarze muzyczni piszą, że Liebman gra w stylu Coltrane’owym (cokolwiek by to miało znaczyć), a o Eskelinie mówi się, że gra… po swojemu. Na płycie Different but the same frontmanom towarzyszą Jim Black na bębnach (od kilku lat gra razem z Eskelinem) i Tony Marino na basie. Z dwoma saksofonami tenorowymi brzmienie zespołu jest niecodzienne, ale tego się chyba wszyscy spodziewali, prawda?
Zbieram się i zbieram do napisania tej recenzji, i chyba nadal nie wiem co napisać. The New Crystal Silence to album, który zebrał wszystkie możliwe jazzowe nagrody na świecie, którym zachwycają się wszyscy recenzenci. Na dodatek naprawdę lubię Chicka Corea i Gary’ego Burtona, a już najbardziej lubię ich, gdy grają razem. Co w takim razie sprawia, że nagrana przez nich z okazji 35-lecia współpracy płyta jest taka słaba?
Po pierwsze, wtórność. To jest tak jakby album z cyklu “the best of”. No bo słuchajcie: spotyka się dwóch starych wyjadaczy, co to nie jeden koncert wspólnie grali. Wszystko, co mieli światu do udowodnienia już dawno udowodnili. Obaj są królami rytmu, absolutnymi mistrzami jazzowego pulsu. Obaj są fantastycznymi wirtuozami swoich instrumentów. Dogadują się fenomenalnie, słuchacz odnosi wrażenie, że Corea i Burton urodzili się, żeby grać razem. Read the rest of this entry »
Warsaw Summer Jazz Days to chyba najlepszy festiwal jazzowy w Polsce. Najlepszy na pewno pod względem ilości światowych gwiazd, które można zobaczyć w jednym miejscu i względnie podobnym czasie. Co roku przeglądam program festiwalu i podziwiam Mariusza Adamiaka, że udaje mu się coś takiego w Polsce zorganizować. Dziś przedstawiam zatem listę koncertów w kolejności atrakcyjności — podejście moje jest jak zwykle bardzo subiektywne i głównym jego kryterium jest stopień popularności i legendarności artysty. Zaczynamy!
Art Ensemble of Chicago, 01.07.2009, Sala Kongresowa — zespół tak znany, że aż szkoda gadać. Dla każdego miłośnika jazzu absolutne must see (i must listen, rzecz jasna), nawet jeśli AEoC nie lubi, nie zna (siedzieć cicho i nie przyznawać się!), szkoda mu pieniędzy, etc. Posłuchać ich na żywo na pewno warto, choćby po to, żeby móc potem wnukom opowiadać.
Dave Douglas / Maria Schneider / Randy Brecker & Włodek Pawlik, 08.07.2009, Sala Kongresowa — patrząc na skład, to może być najlepszy muzycznie koncert festiwalu. Dave Douglas trąbi naprawdę doskonale, a Włodek Pawlik to chyba największa nadzieja polskiego jazzu. Jeśli mają do tego grać w hołdzie Lesterowi Bowie, to może być naprawdę dobre.
Zastanawiałem się przez jakiś czas, jaki album polecić państwu na nadchodzące święta i o ile mam pomysły na jazzowe albumy bożonarodzeniowe, o tyle na wielkanocne nie mam żadnych. Pomijam opcje klasyczne, typu Pasja wg św. Mateusza. Wychodzę więc z propozycją niekonwencjonalną, ale, jak myślę, bardzo dobrą.
Pisałem ostatnio na temat ECM-u, narzekając m.in. na to, że nagraniom sygnowanym przez tę monachijską wytwórnię brakuje ikry. Otóż nie wszystkim. Przedstawiam bowiem jedną z najżywszych i najweselszych płyt jazzowych, jakie w życiu słyszałem, uzasadniając tym samym, dlaczego jest to dobry album na Wielkanoc — w końcu zmartwychwstanie to najbardziej radosna nowina dla chrześcijan, zgadza się? Read the rest of this entry »
Chyba jeszcze nigdy żadnej płyty nie zjechałem na łamach JazzLoga, więc może najwyższa pora? Niestety jechanie po Dianie Krall jest o tyle niebezpieczne, że ryzykuje się utratę wielu czytelników, w końcu ta urocza Kanadyjka ma tak wielu fanów…
Nigdy nie byłem miłośnikiem ani pani Krall, ani jej muzyki, zaznaczę od razu. Do przesłuchania płyty i napisania jej recenzji zachęcił mnie tekst Axuna, świetne wyniki sprzedaży i… no cóż, trudno nie pisać o płycie, o której wszyscy piszą i mówią, prawda? Zaznaczając na samym początku, że recenzja jest negatywna, zachęcam tym bardziej do jej przeczytania, szczególnie miłośników Diany Krall — nie wiem czy tylko ja tak mam, ale negatywne recenzje ulubionych artystów czyta mi się najlepiej.
Do muzyki Diany Krall świetnie stosuje się “zasada pierwszego zdania”, wyznawana przez niektórych pisarzy i logików, tutaj przeobrażająca się w “zasadę pierwszych taktów” — włączamy płytę i już po pierwszych kilku taktach wiemy, że będzie źle. No, może nie od razu źle, ale co najwyżej średnio. Albo po prostu: tak jak zwykle. Read the rest of this entry »
Kochani czytelnicy JazzLoga, dziś będzie o ECM-ie.
Pisać o tej wytwórni jest o tyle niezręcznie, że wszyscy ją znają. Z ECM-em w muzyce jazzowej jest trochę tak jak z Deutsche Grammophon — obie wytwórnie mają podobny status dla odpowiadających im gatunków muzyki i… obie są firmami niemieckimi (to drugie nie ma, rzecz jasna, żadnego znaczenia). Wielu moich znajomych uważa, że najlepsze płyty jazzowe nagrywa właśnie ECM (zgadnijcie, która wg nich wytwórnia najlepiej nagrywa klasykę).
Nie bez powodu firma Manfreda Eichera cieszy się tak dobrą opinią. Wytwórnia założona w 1969 roku jako Edition of Contemporary Music nagrała kilkanaście (kilkadziesiąt?) najważniejszych płyt jazzowych świata. Sławny koncert koloński Jarretta i wszystkie inne solowe nagrania tegoż (nie tylko solowe, bo i wszystkie płyty Keith Jarrett Trio), większość nagrań Pat Metheny Group, Chicka Corea i s-ki, Jana Garbarka, Gary’ego Burtona, Dave’a Hollanda… długo by wyliczać. Read the rest of this entry »
nie wiem ilu z was używa internetowej usługi last.fm, ale zapewne wielu osobom jest ona znana. W skrócie: last.fm oferuje radio internetowe (lub raczej: radia), różne statystyki w oparciu o muzykę, której słuchamy (dane przesyła się podczas słuchania za pomocą różnych wtyczek do komputerowych odtwarzaczy), informacje o koncertach, wydarzeniach, teledyski, etc. Wszystko to było do tej pory darmowe (oprócz kilku dodatkowych funkcji dostępnych dla subskrybentów), ale, jak czytamy we wczorajszym ogłoszeniu, niedługo nie będzie.
Rozumiem, że kryzys, rozumiem, że koszty. Ale nie rozumiem dlaczego bądź co bądź zamożniejszych Amerykanów, Brytyjczyków i Niemców te zmiany nie dotyczą. Gdyby dotyczyły wszystkich, zapłaciłbym te 3 EUR miesięcznie, żeby sobie czasem radyjka last.fmowego posłuchać i żeby ich serwis wesprzeć. Ale jeśli jako obywatel paradoksalnie biedniejszego niż USA/UK/DE kraju mam płacić — z żalem rezygnuję.
Wszyscy znają Coltrane’a, a nawet jeśli nie znają, to albo się do tego nie przyznają, albo udają, że znają. Zabawne jednak, że każdy zna tego muzyka od innej strony.
Mój ojciec zawsze mówił, że lubi Trane’a z czasów współpracy z Milesem, ja z kolei powtarzałem mu, że najlepszy Coltrane się stał właśnie po rozstaniu z Davisem. Leon długo nie mógł zaakceptować hard-bopu (“niee, to jest jakiś hałas” — pamiętam, tak mówił!), ale po pewnym czasie zakochał się w A Love Supreme. Mój znajomy Ryszard Szopa też jest miłośnikiem Coltrane’a, ma chyba większość jego nagrań, ale jego żona niestety nie znosi ciężkiego trąbienia (podobnie jak moja matka). Proszę państwa, recenzowana tu dzisiaj płyta przedstawia wam Coltrane’a w wersji dla wszystkich — dla miłośników starego i nowego brzmienia, i w szczególności dla tych, którzy Johna nie znoszą.
Jak tytuł wskazuje, album wypełniają improwizacje bluesowe. Jest ich w sumie siedem, a wykonane są przez kwartet w niemalże kanonicznym składzie (ze Stevem Davisem na basie), cztery lata przed nagraniem A Love Supreme. Brzmienie prezentowane przez zespół różni się znacznie od tego, które znamy z późniejszych albumów. Saksofon lidera jest bardzo wyraźny, ale dużo mniej agresywny, Coltrane gra dużo spokojniej, ale tak samo zdecydowanie prowadzi kwartet. Read the rest of this entry »
Prędzej czy później musiała nastąpić recenzja jakiegoś “produktu” Johna Zorna i S-ki — wiedzieliście o tym, moi drodzy czytelnicy. Wiecie przecież, jak dziką mam obsesję na punkcie Masady i jej rozmaitych pochodnych.
Zastanawiałem się, czy powinienem zamieścić słowo wprowadzenia na temat samego Zorna i projektu Masada, ale stwierdziłem że nie da się takiego wprowadzenia zmieścić w kilku słowach, więc poprzestanę na linku do wikipedii i bardzo krótkiej, niekompletnej i krzywdzącej charakterystyki: Masada to granie żydowskiej muzyki na modłę free-jazzową, w składach różnych. W ramach projektu powstało kilka zespołów, które wykonują podobną muzykę, a których liderem (lub jedynym wykonawcą) jest zwykle John Zorn. Najbardziej znane z nich to Masada (lub Acoustic Masada), Bar Kokhba Sextet, Masada String Trio i, będąca przedmiotem dzisiejszych rozważań, Electric Masada. Dosyć wprowadzenia, przejdźmy do recenzji.
At the Mountains of Madness to dwupłytowy album będący zapisem koncertu, a muzyka wykonywana przez zespół Electric Masada to znane kawałki “starej” Masady wykonywane przez skład… ni to jazzowy, ni to folkowy, ni to rockowy. Właściwie, gdybym miał opisać, gdzie brzmieniowo znajduje się Electric Masada, powiedziałbym, że między klezmerskim rzępoleniem a la Itzhak Perlman a trash metalem a la Slayer. Opis dla znawców projektów Zorna brzmiałby tak: Electric Masada to połączenie Naked City i oryginalnej Masady. Read the rest of this entry »
Menuhin i Grappelli nagrali razem mnóstwo płyt. Na dobrą sprawę nie wiem nawet dokładnie ile, bo EMI wydaje po prostu co jakiś czas różne kompilacje, ale w każdym razie nagrali razem dużo materiału.
Duet to o tyle ciekawy, że po pierwsze składający się z dwóch skrzypków, a po drugie z muzyków z zupełnie różnym backgroundem. Grappelli (na zdjęciu) — na pewno jeden z największych skrzypków jazzowych, wielki improwizator i frontman. Menuhin to z kolei wirtuoz skrzypiec, solista występujący z największymi orkiestrami świata, laureat Leonie Sonning Music Prize oraz nagrody im. Glenna Goulda, odznaczony Orderem Impreium Brytyjskiego. Niby dwa światy, a mimo to dwóch genialnych muzyków świetnie dogadujących się ze sobą. Czytałem gdzieś, ze Grappelli bardzo bał się tych nagrań, twierdząc że ze swoją techniką nie powinien występować u boku Menuhina, ale o dziwo na płytach nie widać szczególnych różnic w technice gry obu panów.
Z płyt nagranych przez duet Menuhin/Grappelli mógłbym wybrać właściwie dowolny standard, bo nagrali tego naprawdę sporo, ale ze wszystkich najbliższy mi jest właśnie “Summertime”, czyli piosenka napisana przez Gershwina do opery “Porgy and Bess“. Ściśle rzecz biorąc “Summertime” jest arią, z melodią opartą ponoć o ukraińską kołysankę i z tekstem napisanym przez Ira Gershwina (brata George’a, czyli kompozytora i pianisty). Piosenka pojawia się w pierwszej scenie pierwszego aktu opery i jest bez wątpienia najbardziej znaną cześcią “Porgy and Bess”. Read the rest of this entry »
Ilekroć siadam do jakiejś cięższej nauki (co zdarza się niezmiernie rzadko, ale z okazji wtorkowego kolokwium z AI… cóż, sami rozumiecie), tylekroć towarzyszy temu muzyka klasyczna. Jakoś lepiej mi się skupia, gdy słucham skrzypiec i/lub fortepianu (Karolina mówi, że to nawet jakoś naukowo udowodnione).
W związku z tym od pewnego czasu poszukiwałem odpowiedniego nagrania cyklu Sonat i Partit na skrzypce solo J. S. Bacha (BWV 1001-1006). Dzieło to wiekopomne, a dla każdego skrzypka, że tak powiem, obsesyjne i wyzywające. Niby nie ma tam trudności technicznych, nie jest to żaden Ysaÿe ani Paganini, ale chyba każdy szanujący się skrzypek chciałby zagrać ten cykl jak najlepiej. Stąd obsesje i wyzwanie. Próbowało wielu, udało się nielicznym, bo choć sonaty i partity nie stawiają zbyt wielkich trudności technicznych, piętrzą za to trudności interpretacyjne.
Muzycy i krytycy zgodnie mówią: do grania utworów solowych Bacha trzeba dojrzeć (tyczy się to zarówno cyklu na skrzypce jak i na wiolonczelę). Ja natomiast dodaję od siebie: do słuchania Bacha na instrument solo też trzeba dojrzeć. W życiu swoim wykonań różnych partit czy sonat słyszałem dużo, nagrania posiadam trzy. Wszystkie wykonania live, które dane mi było usłyszeć, ssą jak jeden mąż (włączając oczywiście moje własne). Tym bardziej intensywne były moje poszukiwania nagrania możliwie doskonałego (to też btw. obsesja). Były, bo wczoraj się zakończyły. Read the rest of this entry »
Znajomy właściciel sklepu płytowego poskarżył mi się kiedyś, że przychodzą do niego sami miłośnicy Duke’a Ellingtona, Milesa Davisa, Louisa Armstronga i Elli Fitzgerald. Ja się go spytałem w takim razie, czy to źle, a on odpowiedział: “Źle to nie jest, ale ludziom jazz nie kojarzy się z niczym poza paroma największymi nazwiskami. Ludzie myślą, że poza big bandami nie ma już jazzu”.
Sam pamiętam, że jak byłem mały, to słuchałem dużo swingu i big bandów. Glenn Miller, Duke Ellington, Billy Strayhorn, Benny Goodman — to byli moi idole. Niestety, jak powie Leon, bardzo krótko. Faza swingowo-dixielandowa minęła mi niedługo po tym, gdy pierwszy raz usłyszałem Keith Jarrett Trio. Oni, o ironio, też grali standardy, ale już zupełnie inaczej, ciekawiej, więc swing odstawiłem na półkę. Nie twierdzę tu, rzecz jasna, że wszystkie big bandy to chała, że Duke nie umiał grać, albo że znajomość standardów jest nieistotna — po prostu ten “jazz pierwotny” przestał mnie interesować. Z epoki big bandów tylko jedno nazwisko budzi mój szczery uśmiech na twarzy, nazwisko Gene’a Krupy.
“A kto to, do cholery, jest ten Krupa?” zapyta zapewne wielu czytelników JazzLoga. Krupa, moi drodzy, to jeden z największych i najbardziej wpływowych perkusistów w historii muzyki. Urodzony w styczniu 1909 roku, w rodzinie polskich emigrantów, był pierwszym artystą, który wprowadził pełny zestaw perkusyjny w skład big bandu. Read the rest of this entry »
Jako, że sam jestem (niby)skrzypkiem, z muzyki klasycznej najchętniej słucham koncertów skrzypcowych, sonat i kwartetów. Nigdy specjalnie nie przepadałem za muzyką symfoniczną (no, może za wyjątkiem kilku symfonii Szostakowicza, ale to inna historia) ani za operami czy baletami, za to kwartety, tria i kwintety — jak najbardziej. Myślę, że to w dużej mierze kwestia większej styczności z muzyką kameralną, bo w orkiestrze symfonicznej nigdy nie grałem, a w kameralnych swoje odsiedziałem.
Płytę tę pożyczył mi pewien koneser muzyki klasycznej i jazzowej, znajomy moich rodziców, ładnych parę lat temu, gdy powiedziałem mu, że nie słyszałem nigdy o Kronos Quartet. Gość przejął się bardzo i nie mógł wyjść z szoku, że jak to — ja gram na skrzypcach i nie znam Kronosa? Pożyczył mi kilka swoich ulubionych płyt w wykonaniu wspomnianego zespołu, a wśród nich właśnie Black Angels, z zaznaczeniem, że to naprawdę dobre. Faktycznie, niezłe. Właściwie to lepiej niż niezłe, koniec końców Black Angels zagościło na mojej półce i jest bez wątpienia jednym z najważniejszych dla mnie albumów. Read the rest of this entry »
po raz pierwszy zamieszczam post JazzLogowy dotyczący nie muzyki, nie artystów, nie płyt, a siebie samego — jest to tym samym metawpis, że się tak quasi-filozoficznie wyrażę.
Na początku, zanim zacznie się pisać, jest pomysł. Pomysł na bloga o muzyce jazzowej, klasycznej czy improwizowanej zrodził się w mojej głowie jakieś dwa lata temu. Dużo czasu spędzałem w sieci (do tej pory mi to zostało) i ze smutkiem zauważałem, że nie ma w polskim internecie blogów poświęconych muzyce tego typu. Read the rest of this entry »
Bardzo lubię muzykę hip-hopową i mówię to zupełnie poważnie. Od mniej więcej 1998 jestem wielkim fanem hip-hopu, najpierw czarnego (Chuck D jest najlepszy, ’cause D is for dangerous, you can come and get some of this), potem polskiego (ka-cztery-cztery, wujek, didżej wart ceny ściśle), ale nigdy nie myślałem, że muzykę czarnych gangsterów da się połączyć z jazzem.
Mieszanie gatunków to niebezpieczny eksperyment, którego, muszę przyznać, nie jestem miłośnikiem. Wsadzanie zespołu heavy-metalowego do kompozycji orkiestrowych może się skończyć jedynie tragicznie, a więc z hip-hopem teoretycznie powinno być tylko gorzej. Jedyna udana próba, jaka przychodzi mi w tej chwili na myśl, to koncertowy Portishead (Roseland NYC Live, Island Records 1999), ale tam mieliśmy bardzo przemyślaną koncepcję: trupio-elektroniczny zespół ożywia swoją, jak się okazało, całkiem ekspresyjną muzykę żywymi instrumentami, a więc i smyczkowe sample zastępuje prawdziwą orkiestrą. Jednak takie przypadki są na tyle rzadkie, że pomijalne. Pomijam również znienawidzonych przeze mnie mistrzów gramofonu, skalpele i inne didżeje. Mówmy o muzyce. Read the rest of this entry »
Najwyższy czas zacząć serię postów o słynnych jazzowych melodiach. Jest tyle świetnych standardów z ciekawą historią w tle, i tak wielu świetnych wykonawców, że po prostu nie mogę się powstrzymać od napisania o co najmniej kilku z nich.
Niedawno skończyła się sesja egzaminacyjna, podczas której oczywiście powinienem był uczyć się pilnie, jednak zamiast tego (jak zwykle) przesłuchałem mnóstwo muzyki. Wczoraj wieczorem odpaliłem odtwarzacz, wpisałem “bebop” w wyszukiwarkę i od razu wyskoczyło kilka nagrań, z których wybrałem dwa.
Jak wszyscy wiedzą, bebop to styl w muzyce jazzowej. Nie jestem jednak pewien, czy każdy zna standard Dizzy’ego Gillespie zatytułowany “Bebop”. Nazwa stylu (spopularyzowana zresztą przez Gillespie’go i Birda) wzięła się właśnie od tego tematu, o którego pochodzeniu Dizzy miał powiedzieć tak:
In the Onyx Club, we played a lot of original tunes that didn’t have titles. We just wrote an introduction and a first chorus. I’d say, ‘De-da-pa-da-n-de-bop’… and we’d go into it. People when they’d wanna ask for one of those numbers and didn’t know the name, would ask for bebop and the press picked it up and started calling it bebop.
Historia mojej fonicznej znajomości z Patem Metheny sięga lat wczesnonastoletniej młodości, kiedy to mój ojciec kupił płytę, na której ów sławny gitarzysta gra w duecie z Charliem Hadenem (Beyond the Missouri Sky (Short Stories), Polygram 1997). Jest to niewątpliwie jedna z najpiękniejszych płyt, jakie słyszałem, bodajże ulubiona płyta moich rodziców, znajomych, etc. Lepszej reklamy Metheny nie mógł sobie u nas zrobić, więc szybko pojawił się w domu album Pat Metheny Group (Offramp, ECM 1981). Moja matka chyba nigdy nie przesłuchała tej płyty, ojciec może dwa razy ją włączył, a ja… cóż, na początku nie słuchałem jej wcale. Pierwsze pytanie, które nasunęło mi się po przesłuchaniu Offramp: co to za elektroniczne plumki? Co to za syntezatorowata muzyka? Dlaczego tak zimno?
Dopiero po paru latach doceniłem ten album, gdzieś w okolicach klasy maturalnej. Brzmienie, które z początku wydawało mi się zbyt plastikowe, zaczęło zachwycać. Improwizacje, które wcześniej uznawałem za nudne i zbyt długie, nagle sprawiały wrażenie porażająco ekspresyjnych. Plumki przestały być tylko plumkami, zaczęły tworzyć przyjemną scenę dźwiękową. Wszystko składało się w bardzo spójną całość. Read the rest of this entry »
Pomyślałem sobie pewnego dnia, że fajnie by było napisać kilka słów o pewnych znanych wytwórniach (w sensie: labelach) jazzowych, bo być może nie wszystkim są one znane? Na pewno każdy słyszał kiedyś o Blue Note lub o ECM-ie (to ci Niemcy z Monachium, co tak strasznie się cenią), ale czy równie znane są np. Thirsty Ear, Winter & Winter czy HatHut? Na pewno nie!
Na pierwszy ogień idzie HatHut, jako że jest moim ulubieńcem. Pierwszym i najważniejszym powodem, dla którego w ogóle sięgnąłem po ofertę tej małej szwajcarskiej wytwórni są, rzecz jasna, okładki. HatHut wydaje swoje płyty w czterech, że tak powiem, seriach: hatART, hatOLOGY, hatNOIR i hatHISTORY, z których najbardziej znana jest ta druga, bo i najwięcej znaczących tytułów w jej ramach się ukazało. Wszystkie okładki serii hatOLOGY to czarno-białe zdjęcia z napisami drukowanymi pomarańczową, bezszeryfową czcionką z zerową interlinią. Przykuwają wzrok i nie da się ich z niczym innym pomylić — jak dla mnie warunek konieczny i wystarczający dla płyt dobrej wytwórnii.
Drodzy miłośnicy jazzu, właśnie odebrałem wiadomość od administracji forum internetowego HFM, w którym znajduje się następująca informacja na temat reaktywacji Radia Jazz. Przytaczam jak leci:
Szanowni Państwo,
Jeśli interesujecie się muzyką jazzową zapewne wiecie, że jedyna
polska stacja radiowa nadająca ten rodzaj muzyki została zlikwidowana
na początku grudnia 2008.
Nie oznacza to jednak końca, a jedynie zmianę medium, w którym radio jazzowe będzie funkcjonować.
Dziennikarze i autorzy programów dawnego JazzRadia zjednoczyli swe
siły i stworzyli RadioJAZZ.FM (www.radiojazz.fm) – zaczątek żywego
polskiego internetowego radia jazzowego.
Już teraz można słuchać muzyki nadawanej w internecie ze strony
RadioJAZZ.FM, natomiast dalsze prace koncentrują się na znalezieniu,
przystosowaniu i uruchomieniu studia nadawczego, z którego będą
prowadzone na żywo pasma dzienne i audycje autorskie znane z anteny
JazzRadia.
Serdecznie zapraszamy do odwiedzenia naszej strony www.radiojazz.fm
Oficjalne forum internetowe RadioJAZZ.FM znajduje się na stronie www.piano.pl
Redakcja RadiaJAZZ.FM
Czy cieszymy się z tego? Bardzo! Czy kibicujemy projektowi? Niezmiernie! Czy zachęcamy do słuchania? A jakże!
Keitha Jarretta chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Podobno niektórzy twierdzą, że jest egocentrycznym wariatem, bo podczas swoich solowych koncertów przerywa grę, gdy ktoś z publiczności za głośno kichnie, a jeśli, nie daj Boże, publika zachowuje się ogólnie za głośno, potrafi przerwać występ. Nie lubi udzielać wywiadów, wysyła listy ze skargami do recenzentów, którzy nieprzychylnie wypowiadają się o jego albumach i jest niezwykle wyczulony na punkcie jakości własnych nagrań. Co by o Jarrecie jednak nie mówić, jest genialny. Nagrywał w wielu różnych zespołach, od Milesa począwszy, a na swoim standards trio z Peacockiem i De Johnettem skończywszy, ale największe swoje albumy nagrał sam, zwykle na żywo.
Pewnie najbardziej wszystkim znany jest koncert z Kolonii (The Köln Concert, ECM 1975), dla wielu miłośników jazzu najlepszy solowy improwizowany koncert fortepianowy wszech czasów. Później ECM wydawało kolejne zapisy solowych improwizacji, koncerty z Paryża, Wiednia i chronologicznie ostatni z Nowego Jorku (The Carnegie Hall Concert, ECM 2006). Przyznam, że moim ulubionym koncertem jest ten z Wiednia (Vienna Concert, ECM 1991) i choć nowych też lubię posłuchać, to stęskniłem się trochę za “wczesnym Jarrettem”, takim z czasów kolońskich. Jeśli ktoś jeszcze tak samo tęskni(ł), to mam dla niego dobrą i złą wiadomość — firma Manfreda Eichera ponownie wydała zapis koncertów z Japonii, z 1976 roku. Może najpierw powiem, dlaczego wiadomość jest nieco zła. Read the rest of this entry »
Cechą charakterystyczną muzyki i kultury jazzowej jest to, że kreuje ona, jak żadna inna, Wielkich Liderów. Można by wymienić mnóstwo nazwisk: Duke Ellington, Charlie Parker + Dizzy Gillespie, Louis Armstrong, Ella Fitzgerald, aż w końcu Miles. Miles, co by o nim nie mówić, oprócz pisania i grania wspaniałej muzyki, zasłużył się ludzkości głównie jako nauczyciel, albo raczej jako Wielki Lider, przy którym wyrastali geniusze. Każdy, kto się o Milesa otarł, kto gdzieś kiedyś w jednym z niezliczonych projektów Mistrza się udzielił, stawał się sławny. Wielki Lider, a jakże, miał też piękną zdolność metaliderszipu (proszę wybaczyć okropny neologizm), dzięki czemu tworzył następnych Wielkich, którzy dalej nauczali. Mam konkretnie na myśli czterech pianistów, którzy wychowali się przy Milesie: Jarretta, Hancocka, Corea i Zawinula. (poza nimi chyba największym uczniem Davisa był John C. Johna C. jednak zostawiamy, a zajmiemy się pianistami, bo przecie fortepian najważniejszym instrumentem świata jest) Wielu krytyków, wskazując na postępujący wiek wielkiej czwórki (Jarrett już prawie nie koncertuje i nie nagrywa, Zawinul zmarł w zeszłym roku), poszukiwało od pewnego czasu kolejnego wielkiego pianisty, wielkiego lidera, który pociągnąłby za sobą młodych. W kategoriach trąbienia mówi się o Douglasie, a w kategoriach klawiszy — o Bradzie Mehldau. Read the rest of this entry »
nieznośny nalot płyt w wersjach “deluxe” szturmuje warszawskie empiki. teraz (bo jest już przed świętami przecież) nie da się już kupić albumu w “normalnej” wersji, teraz są tylko wersje “deluxe”, “special” i “total hiper czad”. nie kupicie płyty “Violator” Depeszów, za to dostaniecie Depeche Mode – “Violator. Collectioner’s edition”, która oprócz krążka CD z muzyką zawiera DVD z wywiadami, materiał “making of”, zdjęcia muzyków, reżyserów dźwięku, mikrofonów i psa stróża.
ma to też swoje dobre strony, bowiem wczoraj udało mi się kupić “A Love Supreme” Trane’a w wersji Deluxe, a jakże. dwa krążki, jeden studyjny, drugi koncertowy, bonus tracki, ładne opakowanie etc. kosztowała trochę więcej, ale w sumie jak się nie ma takiego albumu w domu, to wstyd się na ulicy pokazywać. okres przedświąteczny to także okres wznowień, tym samym udało mi się dopaść z dawna poszukiwane nagranie Chicka Corea “Children’s Songs” – zestaw uroczych miniatur na fortepian solo. miód, palce lizać, dasnichts poleca wszystkim oba albumy.
właściwie to nie tak zaczął się dzisiejszy koncert. tak było:
– czy ktoś z państwa miał okazję być na koncercie Coltrane’a? — powiedział przed występem Mariusz Adamiak.
– tak! — odpowiedział ktoś z publiki.
– o, to mają państwo szczęście, bo ja nie byłem. radzę zachować sobie bilety z dzisiejszego koncertu, bo jest on wielkim wydarzeniem i niewątpliwie najważniejszym koncertem XIV edycji festiwalu Warsaw Summer Jazz days.
potem było już prawie jak na płycie Sound Grammar. wyszedł młody pan w garniturze i powiedział:
– good evening ladies and gentlemen. dobry wjeciór. let me introduce you to the members of the group. Tony Falanga on bass, Al Macdowell on bass (muzycy wchodzą po kolei na scenę, publiczność klaszcze), Charnett Moffett on bass, Denardo Coleman on drums, and on trumpet, alto and violin, Ornette Coleman.
dziennikarze muzyczni mają często w zwyczaju wymyślać różne terminy na określenie pewnych nurtów w muzyce. jednym z takich określeń jest nu. mówi się na przykład o nu metalu, albo o nu jazzie. szczególnie ten drugi zawsze mnie interesował i ostatnio postanowiłem dowiedzieć się, czym jest.
otóż nu jazz to nic innego jak jazz połączony z elektroniką. niby już kiedyś dawno temu nawet wielki Miles (Davis, nie Davies) próbował takich eksperymentów, ale wtedy to się nazywało fusion (albo phusion). dziś nazywa się nu i jest nawet kilka zespołów, których muzykę tym terminem się określa (albo które same tak swoją muzykę określają). przesłuchałem kilka płyt, żeby wyrobić sobie osąd, ale sprawy zaszły nieco dalej i poza wyrobieniem sobie osądu naszły mnie też refleksje.
proszę Państwa, jazz zmierza chyba w złym kierunku. przestała to być muzyka taneczna (swing), rozrywkowa (bebop etc.), czy awangardowa (free). jazz zaczyna stawać się muzyką dla supermarketów. płyty nu jazzowców to często jakieś takie przyjemne poplumkiwania Read the rest of this entry »
miałem o tym napisać już parę razy, tak się zbieram i zbieram, i wreszcie się zebrałem. miałem o tym napisać, bo po raz pierwszy (sic!) zdarzyło mi się pójść na porządny koncert jazzowy. miałem o tym napisać, bo przecież nie wypada przemilczeć.
koncert był w sobotę ok. dwudziestej na placu teatralnym w warszawie. był tam rozstawiony duży namiot, a w namiocie krzesełka i scena, a na scenie Tomasz Stańko. z początku z zespołem “Niewinni Czarodzieje”, a potem z własnym Tomasz Stańko Special Project. w tym miejscu drobna dygresja: ja Stańki nie lubię. nie lubiłem go zanim go w ogóle usłyszałem, bo kojarzy(ł) mi się z mainstreamowym graniem w najgorszym tego wyrażenia znaczeniu. Stańko jest wszędzie, w radiu, w telewizji, w recenzjach we wszystkich gazetach. okrzyknięty “największą gwiazdą współczesnego polskiego jazzu”, “znany na całym świecie”, “szanowany w Ameryce” i, co najmocniejsze, jest on pierwszym polskim artystą nagrywającym dla ECM-u. cóż, gorszej reklamy nie mógł sobie u mnie zrobić. ale skoro koncert był za darmo, postanowiłem pójść.
siedziałem wygodnie z bardzo sceptycznym nastawieniem. słuchałem uważnie, ale nastawiony tylko na wyłapanie wpadki, nieporozumienia między muzykami, nieczystości, czegokolwiek co by mnie utwierdziło w przekonaniu, że Tomasz Stańko jest złym muzykiem. najgorsze, jak już się wszyscy zapewne domyślają, że on się okazał muzykiem wcale dobrym.
dla ścisłości, zanim przejdę do wrażeń muzycznych, wypada podać skład zespołu. Tomasz Stańko (pl) — trąba, Alexi Tuomarila (fi) — fortepian, Anders Jormin (se) — bas, oraz Jon Falt (se) — bębny. jak widać, towarzystwo skandynawskie, więc spodziewamy się zimnego brzmienia. Read the rest of this entry »
trwająca sesja, a w szczególności zbliżający się wielkimi krokami egzamin z epistemologii sprzyjają możliwie nienaukowym aktywnościom, takimi jak np. wybranie się do rubiconu i kupno dobrej płyty.płyta So What? tria Mata Maneriego jest pozycją bardzo ciekawą i, co najzabawniejsze, niezwykle rzadką. w empikach czy innych dużych sklepach raczej się jej nie kupi, nakład zresztą jest już dawno wyczerpany, więc dostać ją można wyłącznie w cudownych antykwariatach muzycznych. jeszcze śmieszniejsze jest to, że prezentowany tu album jest drugim w karierze Mata Maneriego. pierwszy, Acceptance, jest zupełnie nie do zdobycia, w zagranicznych antykwariatach osiąga zawrotne ceny.
co mogę napisać o muzyce tego młodego skrzypka? niewiele. podziwiam ją, fascynuje mnie ona (do tego stopnia, że piszę o niej na łamach dasNichts na głodno – przed wyjściem do sklepu po bułeczki), słucham jej bez przerwy, ale… chyba nie do końca ją rozumiem. skład jest taki: lider na elektrycznych skrzypcach barytonowych (tak sam pisze o tym instrumencie, ale nie wiem o co mu dokładnie chodzi; prawdopodobnie o sześciostrunową altówkę elektryczną – skala wiolonczeli i skrzypiec), Matthew Shipp na fortepianie i Randy Peterson na perkusji. brak basu nie dziwi, ponieważ jego partię realizuje po części lider. Read the rest of this entry »