blog o muzyce jazzowej, czyli

O koncercie Stańki

In jazz, relacje on Listopad 13, 2006 at 19:14

miałem o tym napisać już parę razy, tak się zbieram i zbieram, i wreszcie się zebrałem. miałem o tym napisać, bo po raz pierwszy (sic!) zdarzyło mi się pójść na porządny koncert jazzowy. miałem o tym napisać, bo przecież nie wypada przemilczeć.

koncert był w sobotę ok. dwudziestej na placu teatralnym w warszawie. był tam rozstawiony duży namiot, a w namiocie krzesełka i scena, a na scenie Tomasz Stańko. z początku z zespołem “Niewinni Czarodzieje”, a potem z własnym Tomasz Stańko Special Project. w tym miejscu drobna dygresja: ja Stańki nie lubię. nie lubiłem go zanim go w ogóle usłyszałem, bo kojarzy(ł) mi się z mainstreamowym graniem w najgorszym tego wyrażenia znaczeniu. Stańko jest wszędzie, w radiu, w telewizji, w recenzjach we wszystkich gazetach. okrzyknięty “największą gwiazdą współczesnego polskiego jazzu”, “znany na całym świecie”, “szanowany w Ameryce” i, co najmocniejsze, jest on pierwszym polskim artystą nagrywającym dla ECM-u. cóż, gorszej reklamy nie mógł sobie u mnie zrobić. ale skoro koncert był za darmo, postanowiłem pójść.

siedziałem wygodnie z bardzo sceptycznym nastawieniem. słuchałem uważnie, ale nastawiony tylko na wyłapanie wpadki, nieporozumienia między muzykami, nieczystości, czegokolwiek co by mnie utwierdziło w przekonaniu, że Tomasz Stańko jest złym muzykiem. najgorsze, jak już się wszyscy zapewne domyślają, że on się okazał muzykiem wcale dobrym.

dla ścisłości, zanim przejdę do wrażeń muzycznych, wypada podać skład zespołu. Tomasz Stańko (pl) — trąba, Alexi Tuomarila (fi) — fortepian, Anders Jormin (se) — bas, oraz Jon Falt (se) — bębny. jak widać, towarzystwo skandynawskie, więc spodziewamy się zimnego brzmienia.

wchodzą na scenę, brawa cichną, chłopaki zaczynają grać. upada od razu hipoteza o chłodnym graniu. Jon Falt (młody gość chyba) poraża energią nie tylko swój instrument. wszyscy przytupują, ogień idzie ze sceny. Stańko dobrze prowadzi frazę (że się tak “profesjonalnie” wyrażę), Fin na fortepianie gra dokładnie takie nuty jakie chcielibyśmy od niego usłyszeć, a główną (IMHO) gwiazdą zostaje kontrabas, w zadziwiający sposób stanowiący jednocześnie solidną podstawę rytmiczną i snujący wspaniałe improwizacje, również smyczkiem. momentami, gdy trąbka się wyłączała, miałem wrażenie, że trio mogłoby grać samodzielnie. Stańko był przez tych młodych muzyków przykrywany, oczywiście nie masą dźwięku, ale innowacyjnością improwizacji, świeżością, energią. gdy perkusista podnosił się ze swojego krzesełka i piłował pałeczkami talerze, albo gdy gdzieś tam grzebał, czymśtam pukał, cośtam wyczyniał, to o dziwo nie kończyło się to na wizualnym show — było to wszystko harmonicznie i rytmicznie jak najbardziej na miejscu! fortepian się wyłączał, trąba cichła, a sekcja rytmiczna prowadziła słuchaczy krętymi ścieżkami improwizacji stylizowanych na dalekowschodnie melodie. gdy muzyka powolutku zanikała i wszyscy się zastanawiali, “co będzie”, Andreas Jormin po prostu zaczął So what?, reszta weszła i znów czysty czad lał się na kompletnie zaskoczoną publikę.

tak było, nie inaczej. Stańko zyskał mój szacunek, Agacie należą się podziękowania za to, że nas o istnieniu koncertu uświadomiła, a wszyscy co na nim nie byli (włączając Karolinę) niech żałują.

%d bloggers like this: