blog o muzyce jazzowej, czyli

Ladies and gentleman, mr. Ornette Coleman

In jazz, relacje on Sierpień 19, 2007 at 19:08

dsc_0317właściwie to nie tak zaczął się dzisiejszy koncert. tak było:

— czy ktoś z państwa miał okazję być na koncercie Coltrane’a? — powiedział przed występem Mariusz Adamiak.
— tak! — odpowiedział ktoś z publiki.
— o, to mają państwo szczęście, bo ja nie byłem. radzę zachować sobie bilety z dzisiejszego koncertu, bo jest on wielkim wydarzeniem i niewątpliwie najważniejszym koncertem XIV edycji festiwalu Warsaw Summer Jazz days.

potem było już prawie jak na płycie Sound Grammar. wyszedł młody pan w garniturze i powiedział:

— good evening ladies and gentlemen. dobry wjeciór. let me introduce you to the members of the group. Tony Falanga on bass, Al Macdowell on bass (muzycy wchodzą po kolei na scenę, publiczność klaszcze), Charnett Moffett on bass, Denardo Coleman on drums, and on trumpet, alto and violin, Ornette Coleman.

następnie panowie wzięli do rąk instrumenty i zaczęli grać.

co było potem, trudno mi opisywać. wystarczyło by właściwie stwierdzić, że spędziliśmy dziś z Karoliną (i mnóstwem innych ludzi (swoją drogą nie wiedziałem, że tylu jest w Polsce fanów free)) jakieś półtorej godziny słuchając cudownej muzyki. muzyki momentami nieco trudnej, ale porażającej swobodą, świeżością, oryginalnością (mimo że od wydania Free Jazz minęło już ponad 40 lat!). nie wiem na ile czytelnicy dasnichtsa są miłośnikami jazzu, nie wiem też czy wszyscy wiedzą jak wygląda koncert zespołu Colemana. ja widziałem Ornette’a na żywo po raz pierwszy i muszę przyznać, że wygląda to niesamowicie. siedzi sobie na środku starszy pan i gra sobie na saksofonie. obok ma stoliczek z trąbką i skrzypcami, które podnosi sobie czasem i gra na nich po kilka dźwięków. gra niezwykle żywiołowo i poraża ekspresją, nie czyniąc przy tym prawie żadnych ruchów. po jego prawej stronie stoi basista (z kontrabasem akustycznym), który wywija na kontrabasie (arco) karkołomne partie (do tego z lewą ręką przebywającą głównie w okolicach podstawka…), po jego lewej stronie stoi drugi basista (kontrabas elektryczny), równie wirtuozersko śmigający po całym gryfie, dalej po lewej siedzi kolega z gitarą basową (którą trzyma cały czas w bardzo wysokich rejestrach i której dźwięk przepuszcza czasem przez różne efekty), a za całym towarzystwem siedzi wariat na perkusji (syn Ornette’a zresztą). cały ten kwintet pędzi bez przerwy do przodu z niesamowitą prędkością, pozostając jednak w każdej nucie w idealnym porozumieniu. gwałtownie zaczynają frazy i równie gwałtownie je kończą, lecz nie ma tu miejsca na żadne nieporozumienia.

publiczność zgromadzona w teatrze Roma usłyszała głównie utwory z ostatniego albumu (wspomniany wcześniej Sound Grammar), choć były i niespodzianki, jak np. preludium z sonaty G na wiolonczelę solo Bacha. były i starsze standardy, i choć publiczność nie przerywała owacji na stojąco, muzycy zeszli ze sceny po dwóch bisach. Ornette był wyraźnie zmęczony, ale… przy takim braku powietrza jaki panował w Romie to i mnie koncert solidnie zmęczył, chociaż nikt na mnie przez półtorej godziny reflektorami nie świecił.

koncert wspaniały, wielkie wydarzenie zgodnie z tym co mówił Adamiak. wszyscy będą go pewnie teraz porównywać do występu Wayne’a Shortera, ja niestety w kongresowej nie byłem i nie wypowiem się. wiem natomiast na pewno, że koncert kwintetu Colemana na długo zapadnie mi w pamięć, i że bardzo długo nie będę słuchał czegoś równie genialnego na żywo.

[ zdjęć nie ma i nie będzie, bo (a) nie było wolno robić i (b) Młoda zabrała aparat; tekst pierwotnie opublikowany tu ]

%d bloggers like this: