blog o muzyce jazzowej, czyli

Brad Mehldau i jego rockowe wybryki

In jazz, przemyślenia on Listopad 30, 2008 at 20:43

Cechą charakterystyczną muzyki i kultury jazzowej jest to, że kreuje ona, jak żadna inna, Wielkich Liderów. Można by wymienić mnóstwo nazwisk: Duke Ellington, Charlie Parker + Dizzy Gillespie, Louis Armstrong, Ella Fitzgerald, aż w końcu Miles. Miles, co by o nim nie mówić, oprócz pisania i grania wspaniałej muzyki, zasłużył się ludzkości głównie jako nauczyciel, albo raczej jako Wielki Lider, przy którym wyrastali geniusze. Każdy, kto się o Milesa otarł, kto gdzieś kiedyś w jednym z niezliczonych projektów Mistrza się udzielił, stawał się sławny. Wielki Lider, a jakże, miał też piękną zdolność metaliderszipu (proszę wybaczyć okropny neologizm), dzięki czemu tworzył następnych Wielkich, którzy dalej nauczali. Mam konkretnie na myśli czterech pianistów, którzy wychowali się przy Milesie: Jarretta, Hancocka, Corea i Zawinula. (poza nimi chyba największym uczniem Davisa był John C. Johna C. jednak zostawiamy, a zajmiemy się pianistami, bo przecie fortepian najważniejszym instrumentem świata jest) Wielu krytyków, wskazując na postępujący wiek wielkiej czwórki (Jarrett już prawie nie koncertuje i nie nagrywa, Zawinul zmarł w zeszłym roku), poszukiwało od pewnego czasu kolejnego wielkiego pianisty, wielkiego lidera, który pociągnąłby za sobą młodych. W kategoriach trąbienia mówi się o Douglasie, a w kategoriach klawiszy — o Bradzie Mehldau.

Jest młody, ma świetną technikę, grywa z najlepszymi, jest świetnym liderem. Ma chyba tylko jeden problem: nie wie do końca, kim chciałby być i co chciałby grać (nawiasem mówiąc podobną przypadłość przypisałbym rodzimemu artyście, Lesławowi M.). No bo popatrzmy na jego karierę: zaczyna w zespole Redmana, a potem formuje własne trio (z Grenadierem na bassie i Rossym na bębnach). Trio nagrywa kilka bardzo obiecujących nagrań, m.in. świetny cykl „The Art of the Trio”, a ponadto lider nagrywa swoje solowe koncerty („Live in Tokyo”). Nowe wcielenie Jarretta? Niestety nie do końca, bo w 2005 Rossy odchodzi z zespołu, a trio na następnych nagraniach prezentuje się słabiej. Słuchając „Day is Done” ma się wrażenie, że muzykom zależało przede wszystkim na zagraniu miłych dźwięków. I, co tu dużo mówić, grają miło, ale pozostaje niedosyt. Czekałem trochę na kolejne nagrania tria, ale po przesłuchaniu „Live at the Village Vanguard” (2008) wrażenie pewnego artystycznego zastoju pozostało. Co dalej z Mehldauem i s-ką będzie, nie wiem, choć życzę im jak najlepiej. I bynajmniej nie dlatego, że wyczekuję kolejnego wcielenia Jarretta, otóż nie, ja chcę więcej dobrych nagrań piosenek rockowych!

Tak właśnie, bo na marginesie rozmyślań o przyszłości i przeszłości jazzu, Brad Mehldau kojarzy mi się najbardziej z nagraniami piosenek Radiohead. „Knives Out” na płycie „Day is Done”, „Exit Music (for a film)” z „The Art of the Trio vol. 4”, czy „Paranoid Android” z solowego występu w Tokio. W jednej z recenzji którejś płyty ktoś zasugerował, że Mehldau mógłby spokojnie wydać płytę z samymi coverami i wydaje mi się, że to całkiem niezły pomysł. Wszystkie znane mi wykonania piosenek Radiohead bledną przy tym, co zrobił z nimi Brad Mehldau. Świeże aranżacje, żywiołowe wykonania, naprawdę kapitalna robota. Niestety, na ostatnim albumie nawet piosenka Soundgarden kiepsko się broni. I jeszcze Oasis na początek koncertu? Panie Mehldau, dokąd Pan zmierza?

%d bloggers like this: