blog o muzyce jazzowej, czyli

Keith Jarrett — Sun Bear Concerts

In jazz, recenzje on Luty 5, 2009 at 15:32

jarrett-sunbear

Keitha Jarretta chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Podobno niektórzy twierdzą, że jest egocentrycznym wariatem, bo podczas swoich solowych koncertów przerywa grę, gdy ktoś z publiczności za głośno kichnie, a jeśli, nie daj Boże, publika zachowuje się ogólnie za głośno, potrafi przerwać występ. Nie lubi udzielać wywiadów, wysyła listy ze skargami do recenzentów, którzy nieprzychylnie wypowiadają się o jego albumach i jest niezwykle wyczulony na punkcie jakości własnych nagrań. Co by o Jarrecie jednak nie mówić, jest genialny. Nagrywał w wielu różnych zespołach, od Milesa począwszy, a na swoim standards trio z Peacockiem i De Johnettem skończywszy, ale największe swoje albumy nagrał sam, zwykle na żywo.

Pewnie najbardziej wszystkim znany jest koncert z Kolonii (The Köln Concert, ECM 1975), dla wielu miłośników jazzu najlepszy solowy improwizowany koncert fortepianowy wszech czasów. Później ECM wydawało kolejne zapisy solowych improwizacji, koncerty z Paryża, Wiednia i chronologicznie ostatni z Nowego Jorku (The Carnegie Hall Concert, ECM 2006). Przyznam, że moim ulubionym koncertem jest ten z Wiednia (Vienna Concert, ECM 1991) i choć nowych też lubię posłuchać, to stęskniłem się trochę za „wczesnym Jarrettem”, takim z czasów kolońskich. Jeśli ktoś jeszcze tak samo tęskni(ł), to mam dla niego dobrą i złą wiadomość — firma Manfreda Eichera ponownie wydała zapis koncertów z Japonii, z 1976 roku. Może najpierw powiem, dlaczego wiadomość jest nieco zła.

Jest nieco zła, bowiem wydawnictwo składa się z sześciu płyt, których nie da się kupić osobno, a za których zestaw ECM życzy sobie circa 76 funtów brytyjskich. To jest, proszę państwa, przy kursie z 5 lutego 2009 roku, jakieś, bagatela, 400 PLN. Kupując w polskim sklepie zaoszczędzimy mniej więcej 150 złotych, ale, jak dla mnie, jest to cena okropna. Dobra wiadomość jest z kolei taka, że zawartość płyty warta jest i 100, i nawet 150 funtów. Gdyby Manfred E. nie zdecydował się na reedycję tego koncertu, prawdopodobnie w ogóle bym o jego istnieniu nie wiedział i stratny bym był, bo wydawnictwo Sun Bear Concerts przedstawia nam Jarretta w najlepszej, że tak powiem, młodzieńczej formie.

Sun Bear Concerts to pięć koncertów, które odbyły się 5, 8, 12, 14 i 18 listopada 1976 roku, odpowiednio w Kioto, Osace, Nagoi, Tokio i Sapporo (jak widać, Jarrett bardzo lubi japońską publiczność). Koncerty zawierają się na pięciu płytach, na szóstej natomiast nagrane są trzy bisy (Sapporo, Tokio, Nagoja). Cały materiał jest improwizowany i nieco przypomina koncert koloński, choć jest odrobinę trudniejszy i… jakby mniej melodyjny. Fortepian Jarretta brzmi podobnie jak w Kolonii, jest nieco szybszy i twardszy niż na nowszych nagraniach, improwizacje są jakby dynamiczniejsze, „młodsze”, a ostinato słyszymy niemalże bez przerwy. Z drugiej strony, muzyka jest zupełnie nietrywialna, frazy długie, skomplikowane, inne niż w Kolonii. Pogodny nastrój o rok młodszego koncertu przypominają tylko bisy z ostatniej płyty, reszta materiału jest dużo cięższa.

Mimo ciężaru, zestawu Sun Bear Concerts słucha się znakomicie. Przez sześć i poł godziny raczymy się wspaniałymi improwizacjami młodego Jarretta, a pod koniec każdej części możemy klaskać razem z Japończykami. Przynajmniej ja klaszczę. Nawet tę recenzję skończę w tym a nie innym momencie nie dlatego, że chcę, tylko dlatego, że koncert z Kioto właśnie dobiega końca i pora oderwać ręce od klawiatury.

Keith Jarrett Sun Bear Concerts ECM 1990

  1. Wprawdzie słyszałam do tej pory tylko tę ostatnią płytę z bisami, ale póki co jestem oczarowana. Mam wrażenie, że słychać już w tych koncertach jakąś taką zapowiedź Paryża 1990. Ale pewnie masz rację, to wciąż ten młody, energiczny Jarrett, którego znamy z Kolonii, może tylko w bardziej melancholijnym nastroju?

  2. może, może. ale jest taka „urban legend”, która mówi, że 24 stycznia 1975 roku Jarrett przyjechał na koncert spóźniony, zły i strasznie głodny. ponoć zjadł coś w pośpiechu (bo nie chciał grać z pustym brzuchem!), wszedł zły na scenę i zobaczył, że organizatorzy koncertu podstawili mu fortepian inny, niż sobie zażyczył. wściekły siadł do fortepianu i zaczął improwizować. z kolei japońską publiczność pan Keith podobno uwielbia, więc wynikało by z tego, że… im gorsze warunki, tym mniej melancholijny Jarrett?:)

  3. Hm, nie słyszałam tej historii a wiele wyjaśnia:) Złość na pewno dodaje energii, a z kolei w towarzystwie ulubionej publiczności pewnie łatwiej się zrelaksować. Może więc zrelaksowany Jarrett to Jarrett bardziej refleksyjny? Ciekawe co by pan Keith powiedział na tę naszą psychoanalizę;)

  4. powiedziałby, że g**no wiemy, i żebyśmy poszli do diabła. i jeszcze by w nas czymś rzucił.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: