blog o muzyce jazzowej, czyli

Dominikańskie merengue

In przemyślenia on Luty 6, 2009 at 12:27

merengue

Poszukując ludzi, którzy umieją grać, trafiłem na Dominikanę (nic to dziwnego, bo rano byłem jeszcze na Juan Fernandez i Galapagos). Znalazłem tam Juana Luisa Geurrę. Jak się okazuje, Guerra to nie byle kto, bo towar eksportowy Dominikany. Sprzedał albumy na cały świat, powygrywał Grammy i takie tam – no w ogóle zawodowiec. Wpadła mi w ręce jedna z jego pierwszych płyt, które go rozsławiły — Mientras más lo pienso… tú (1987).

Guavaberry — pierwsza ścieżka z płyty — pokazuje cały jej charakter i mówi o co chodzi. Otóż autor wcale nie każe nam się użalać nad nieszczęśliwą miłością, wojnami na świecie czy nawet nie chce, byśmy zgłębiali jego liryczne treści:

(…) I’d like to live in the streets
of San Pedro de Macorís
(…) I’d like to sing my song
in the middle of malecón
(…) I drinking my guavaberry
watching the sun go down, oh
woman that’s all I need
in San Pedro de Macorís, oh!


podsumowując jednym zdaniem …don’t worry be happy! Czy tylko na Karaibach życie jest takie proste?

juanluisguerra1

Nowe słowo na dziś – guavaberry:
Drzewo owocowe rosnące na Karaibach.

  1. Trunek, robiony z jego owoców, popijając który można się bezkarnie gapić na karaibski zachód słońca.
  2. Tytuł piosenki Juana.
  3. No i na fali tych skojarzeń nic prostszego jak tylko zrobić http://www.guavaberry.net/, czyli stronę domową artysty i sprzedać go w świat!
  4. Bezproblemowo!

Ale! Jest taka jedna zagwozdka, którą nie każdy przejadacz chleba pokona od razu — rytmika sekcji dętej! Jeśli ta muzyka to ichniejsze disco polo, to Dominikańczycy zrobili z nią to samo co Czesi ze Skodą, a my dla porównania z FSO. Bo: jak już nauczycie się stukać czy śpiewać ten rytm, to powtórzcie go po wyłączeniu muzyki pukając przy tym stopą czy ręką na raz. Staje się to tak podejrzane, że od razu na myśl mi przyszły wszechobecne keyboardy lat 80. Idąc tym tropem znalazłem nagrania na youtube, na których z pewnością stoi paru zdolnych chłopaków z tyłu i dmie w złote rury.

Jeśli to wszystko wsadzimy w merengue, czyli taniec, który nawet ja (sic!) potrafię tańczyć, to otrzymamy kawał bezproblemowej, lekkiej, tanecznej i radosnej muzyki. Czego sobie i Wam w życiu życzę.

I’d like to live in the streets
of San Pedro de Macorís

  1. dobre, aż rzucę linkiem z jutuba:

  2. Rytmy faktycznie porywające. W sam raz na zimowo-jesienne, ponure dni, gdy nikomu nic się nie chce:-)

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: