blog o muzyce jazzowej, czyli

Archive for Marzec 2009|Monthly archive page

Last.fm dzieli na gorszych i lepszych

In ogłoszenia, przemyślenia on Marzec 25, 2009 at 21:40

Drodzy czytelnicy JazzLoga,

nie wiem ilu z was używa internetowej usługi last.fm, ale zapewne wielu osobom jest ona znana. W skrócie: last.fm oferuje radio internetowe (lub raczej: radia), różne statystyki w oparciu o muzykę, której słuchamy (dane przesyła się podczas słuchania za pomocą różnych wtyczek do komputerowych odtwarzaczy), informacje o koncertach, wydarzeniach, teledyski, etc. Wszystko to było do tej pory darmowe (oprócz kilku dodatkowych funkcji dostępnych dla subskrybentów), ale, jak czytamy we wczorajszym ogłoszeniu, niedługo nie będzie.

Rozumiem, że kryzys, rozumiem, że koszty. Ale nie rozumiem dlaczego bądź co bądź zamożniejszych Amerykanów, Brytyjczyków i Niemców te zmiany nie dotyczą. Gdyby dotyczyły wszystkich, zapłaciłbym te 3 EUR miesięcznie, żeby sobie czasem radyjka last.fmowego posłuchać i żeby ich serwis wesprzeć. Ale jeśli jako obywatel paradoksalnie biedniejszego niż USA/UK/DE kraju mam płacić — z żalem rezygnuję.

Reklamy

John Coltrane — Coltrane Plays the Blues

In jazz, recenzje on Marzec 22, 2009 at 09:55

coltrane-blues

Wszyscy znają Coltrane’a, a nawet jeśli nie znają, to albo się do tego nie przyznają, albo udają, że znają. Zabawne jednak, że każdy zna tego muzyka od innej strony.

Mój ojciec zawsze mówił, że lubi Trane’a z czasów współpracy z Milesem, ja z kolei powtarzałem mu, że najlepszy Coltrane się stał właśnie po rozstaniu z Davisem. Leon długo nie mógł zaakceptować hard-bopu („niee, to jest jakiś hałas” — pamiętam, tak mówił!), ale po pewnym czasie zakochał się w A Love Supreme. Mój znajomy Ryszard Szopa też jest miłośnikiem Coltrane’a, ma chyba większość jego nagrań, ale jego żona niestety nie znosi ciężkiego trąbienia (podobnie jak moja matka). Proszę państwa, recenzowana tu dzisiaj płyta przedstawia wam Coltrane’a w wersji dla wszystkich — dla miłośników starego i nowego brzmienia, i w szczególności dla tych, którzy Johna nie znoszą.

Jak tytuł wskazuje, album wypełniają improwizacje bluesowe. Jest ich w sumie siedem, a wykonane są przez kwartet w niemalże kanonicznym składzie (ze Stevem Davisem na basie), cztery lata przed nagraniem A Love Supreme. Brzmienie prezentowane przez zespół różni się znacznie od tego, które znamy z późniejszych albumów. Saksofon lidera jest bardzo wyraźny, ale dużo mniej agresywny, Coltrane gra dużo spokojniej, ale tak samo zdecydowanie prowadzi kwartet. Czytaj resztę wpisu »

Electric Masada — At the Mountains of Madness

In jazz, recenzje on Marzec 13, 2009 at 22:29

emasada

Prędzej czy później musiała nastąpić recenzja jakiegoś „produktu” Johna Zorna i S-ki — wiedzieliście o tym, moi drodzy czytelnicy. Wiecie przecież, jak dziką mam obsesję na punkcie Masady i jej rozmaitych pochodnych.

Zastanawiałem się, czy powinienem zamieścić słowo wprowadzenia na temat samego Zorna i projektu Masada, ale stwierdziłem że nie da się takiego wprowadzenia zmieścić w kilku słowach, więc poprzestanę na linku do wikipedii i bardzo krótkiej, niekompletnej i krzywdzącej charakterystyki: Masada to granie żydowskiej muzyki na modłę free-jazzową, w składach różnych. W ramach projektu powstało kilka zespołów, które wykonują podobną muzykę, a których liderem (lub jedynym wykonawcą) jest zwykle John Zorn. Najbardziej znane z nich to Masada (lub Acoustic Masada), Bar Kokhba Sextet, Masada String Trio i, będąca przedmiotem dzisiejszych rozważań, Electric Masada. Dosyć wprowadzenia, przejdźmy do recenzji.

At the Mountains of Madness to dwupłytowy album będący zapisem koncertu, a muzyka wykonywana przez zespół Electric Masada to znane kawałki „starej” Masady wykonywane przez skład… ni to jazzowy, ni to folkowy, ni to rockowy. Właściwie, gdybym miał opisać, gdzie brzmieniowo znajduje się Electric Masada, powiedziałbym, że między klezmerskim rzępoleniem a la Itzhak Perlman a trash metalem a la Slayer. Opis dla znawców projektów Zorna brzmiałby tak: Electric Masada to połączenie Naked City i oryginalnej Masady. Czytaj resztę wpisu »

„Summertime”

In jazz, standardy on Marzec 9, 2009 at 13:07

Grappelli

Menuhin i Grappelli nagrali razem mnóstwo płyt. Na dobrą sprawę nie wiem nawet dokładnie ile, bo EMI wydaje po prostu co jakiś czas różne kompilacje, ale w każdym razie nagrali razem dużo materiału.

Duet to o tyle ciekawy, że po pierwsze składający się z dwóch skrzypków, a po drugie z muzyków z zupełnie różnym backgroundem. Grappelli (na zdjęciu) — na pewno jeden z największych skrzypków jazzowych, wielki improwizator i frontman. Menuhin to z kolei wirtuoz skrzypiec, solista występujący z największymi orkiestrami świata, laureat Leonie Sonning Music Prize oraz nagrody im. Glenna Goulda, odznaczony Orderem Impreium Brytyjskiego. Niby dwa światy, a mimo to dwóch genialnych muzyków świetnie dogadujących się ze sobą. Czytałem gdzieś, ze Grappelli bardzo bał się tych nagrań, twierdząc że ze swoją techniką nie powinien występować u boku Menuhina, ale o dziwo na płytach nie widać szczególnych różnic w technice gry obu panów.

Z płyt nagranych przez duet Menuhin/Grappelli mógłbym wybrać właściwie dowolny standard, bo nagrali tego naprawdę sporo, ale ze wszystkich najbliższy mi jest właśnie „Summertime”, czyli piosenka napisana przez Gershwina do opery „Porgy and Bess„. Ściśle rzecz biorąc „Summertime” jest arią, z melodią opartą ponoć o ukraińską kołysankę i z tekstem napisanym przez Ira Gershwina (brata George’a, czyli kompozytora i pianisty). Piosenka pojawia się w pierwszej scenie pierwszego aktu opery i jest bez wątpienia najbardziej znaną cześcią „Porgy and Bess”. Czytaj resztę wpisu »

Bo Bacha to jednak trzeba umieć zagrać

In klasyka, przemyślenia on Marzec 4, 2009 at 13:13

gidon_kremer_violin

Ilekroć siadam do jakiejś cięższej nauki (co zdarza się niezmiernie rzadko, ale z okazji wtorkowego kolokwium z AI… cóż, sami rozumiecie), tylekroć towarzyszy temu muzyka klasyczna. Jakoś lepiej mi się skupia, gdy słucham skrzypiec i/lub fortepianu (Karolina mówi, że to nawet jakoś naukowo udowodnione).

W związku z tym od pewnego czasu poszukiwałem odpowiedniego nagrania cyklu Sonat i Partit na skrzypce solo J. S. Bacha (BWV 1001-1006). Dzieło to wiekopomne, a dla każdego skrzypka, że tak powiem, obsesyjne i wyzywające. Niby nie ma tam trudności technicznych, nie jest to żaden Ysaÿe ani Paganini, ale chyba każdy szanujący się skrzypek chciałby zagrać ten cykl jak najlepiej. Stąd obsesje i wyzwanie. Próbowało wielu, udało się nielicznym, bo choć sonaty i partity nie stawiają zbyt wielkich trudności technicznych, piętrzą za to trudności interpretacyjne.

Muzycy i krytycy zgodnie mówią: do grania utworów solowych Bacha trzeba dojrzeć (tyczy się to zarówno cyklu na skrzypce jak i na wiolonczelę). Ja natomiast dodaję od siebie: do słuchania Bacha na instrument solo też trzeba dojrzeć. W życiu swoim wykonań różnych partit czy sonat słyszałem dużo, nagrania posiadam trzy. Wszystkie wykonania live, które dane mi było usłyszeć, ssą jak jeden mąż (włączając oczywiście moje własne). Tym bardziej intensywne były moje poszukiwania nagrania możliwie doskonałego (to też btw. obsesja). Były, bo wczoraj się zakończyły. Czytaj resztę wpisu »

„Drummin’ Man”

In jazz, standardy on Marzec 1, 2009 at 21:50

genekrupa

Znajomy właściciel sklepu płytowego poskarżył mi się kiedyś, że przychodzą do niego sami miłośnicy Duke’a Ellingtona, Milesa Davisa, Louisa Armstronga i Elli Fitzgerald. Ja się go spytałem w takim razie, czy to źle, a on odpowiedział: „Źle to nie jest, ale ludziom jazz nie kojarzy się z niczym poza paroma największymi nazwiskami. Ludzie myślą, że poza big bandami nie ma już jazzu”.

Sam pamiętam, że jak byłem mały, to słuchałem dużo swingu i big bandów. Glenn Miller, Duke Ellington, Billy Strayhorn, Benny Goodman — to byli moi idole. Niestety, jak powie Leon, bardzo krótko. Faza swingowo-dixielandowa minęła mi niedługo po tym, gdy pierwszy raz usłyszałem Keith Jarrett Trio. Oni, o ironio, też grali standardy, ale już zupełnie inaczej, ciekawiej, więc swing odstawiłem na półkę. Nie twierdzę tu, rzecz jasna, że wszystkie big bandy to chała, że Duke nie umiał grać, albo że znajomość standardów jest nieistotna — po prostu ten „jazz pierwotny” przestał mnie interesować. Z epoki big bandów tylko jedno nazwisko budzi mój szczery uśmiech na twarzy, nazwisko Gene’a Krupy.

„A kto to, do cholery, jest ten Krupa?” zapyta zapewne wielu czytelników JazzLoga. Krupa, moi drodzy, to jeden z największych i najbardziej wpływowych perkusistów w historii muzyki. Urodzony w styczniu 1909 roku, w rodzinie polskich emigrantów, był pierwszym artystą, który wprowadził pełny zestaw perkusyjny w skład big bandu. Czytaj resztę wpisu »