blog o muzyce jazzowej, czyli

„Drummin’ Man”

In jazz, standardy on Marzec 1, 2009 at 21:50

genekrupa

Znajomy właściciel sklepu płytowego poskarżył mi się kiedyś, że przychodzą do niego sami miłośnicy Duke’a Ellingtona, Milesa Davisa, Louisa Armstronga i Elli Fitzgerald. Ja się go spytałem w takim razie, czy to źle, a on odpowiedział: „Źle to nie jest, ale ludziom jazz nie kojarzy się z niczym poza paroma największymi nazwiskami. Ludzie myślą, że poza big bandami nie ma już jazzu”.

Sam pamiętam, że jak byłem mały, to słuchałem dużo swingu i big bandów. Glenn Miller, Duke Ellington, Billy Strayhorn, Benny Goodman — to byli moi idole. Niestety, jak powie Leon, bardzo krótko. Faza swingowo-dixielandowa minęła mi niedługo po tym, gdy pierwszy raz usłyszałem Keith Jarrett Trio. Oni, o ironio, też grali standardy, ale już zupełnie inaczej, ciekawiej, więc swing odstawiłem na półkę. Nie twierdzę tu, rzecz jasna, że wszystkie big bandy to chała, że Duke nie umiał grać, albo że znajomość standardów jest nieistotna — po prostu ten „jazz pierwotny” przestał mnie interesować. Z epoki big bandów tylko jedno nazwisko budzi mój szczery uśmiech na twarzy, nazwisko Gene’a Krupy.

„A kto to, do cholery, jest ten Krupa?” zapyta zapewne wielu czytelników JazzLoga. Krupa, moi drodzy, to jeden z największych i najbardziej wpływowych perkusistów w historii muzyki. Urodzony w styczniu 1909 roku, w rodzinie polskich emigrantów, był pierwszym artystą, który wprowadził pełny zestaw perkusyjny w skład big bandu. Grał z Louisem Armstrongiem, Bennym Goodmanem, Glennem Millerem, był muzykiem sławnym w całych Stanach i ulubionym jazzmanem Walta z „Przystanku Alaska„. Przykre, że obecnie nie wszyscy miłośnicy jazzu są w stanie skojarzyć nazwisko Krupy, tym bardziej biorąc pod uwagę jego polskie pochodzenie. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego Krupa tak miło mi się kojarzy, wyjaśnienie którego wymaga przytoczenia pewnej historyjki.

autograf-krupa Jak wiadomo, każdego młodego człowieka ktoś musi w świat muzyki wprowadzić. Rodzice, szkolni koledzy, ładne dziewczyny — you name it. W moim wypadku duży wpływ miał ojciec, koledzy i nauczyciele ze szkoły muzycznej, a także niejaki Zbigniew Świderski — tzw. przyjaciel rodziny. Pan Zbyszek jest człowiekiem ciekawym pod wieloma względami, ale dla mnie, jako małego chłopca, najbardziej fascynujące było to, że ów przyjaciel rodziny przebywał w latach 50-tych w USA, budując wyciągi narciarskie w Górach Skalistych. I że, będąc wielkim miłośnikiem jazzu i bywając na różnych koncertach jazzowych, udało mu się zdobyć autograf Gene’a Krupy, który ofiarował mi bodajże w 1999 roku.

Przyjaciel rodziny obdarował mnie też wówczas kilkoma płytami, a na jednej z nich znajdowało się, a jakże, przebojowe nagranie rzeczonego Krupy właśnie. Gene napisał mnóstwo standardów, z pewnością kilka z nich jest godnych większej uwagi, ale ten akurat, z oczywistych względów najbardziej zapadł mi w pamięć — „Drummin’ Man”, w którym Irene Daye’a śpiewa o… perkusiście, rzecz jasna. Jakość nagrania jest odpowiednio fatalna, więc życzę miłego słuchania i mam jednocześnie nadzieję, że wszystkim nazwisko Krupy będzie się od teraz kojarzyło tak dobrze, jak mi.

[ zdjęcie Krupy pochodzi z wikipedii ]

  1. A ja lubię Billie Holliday, i wcale mi z latami nie przechodzi

  2. ano widzisz, to pewnie byś się z Leonem dogadała.

  3. Прикольная статья, но хотелось бы поподробнее узнать о некоторых моментах… Как можно с Вами связаться?

  4. Привет, спасибо за комментарий. С нами можно связаться через https://bluetrain.wordpress.com/about/kontakt/

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: