blog o muzyce jazzowej, czyli

Bo Bacha to jednak trzeba umieć zagrać

In klasyka, przemyślenia on Marzec 4, 2009 at 13:13

gidon_kremer_violin

Ilekroć siadam do jakiejś cięższej nauki (co zdarza się niezmiernie rzadko, ale z okazji wtorkowego kolokwium z AI… cóż, sami rozumiecie), tylekroć towarzyszy temu muzyka klasyczna. Jakoś lepiej mi się skupia, gdy słucham skrzypiec i/lub fortepianu (Karolina mówi, że to nawet jakoś naukowo udowodnione).

W związku z tym od pewnego czasu poszukiwałem odpowiedniego nagrania cyklu Sonat i Partit na skrzypce solo J. S. Bacha (BWV 1001-1006). Dzieło to wiekopomne, a dla każdego skrzypka, że tak powiem, obsesyjne i wyzywające. Niby nie ma tam trudności technicznych, nie jest to żaden Ysaÿe ani Paganini, ale chyba każdy szanujący się skrzypek chciałby zagrać ten cykl jak najlepiej. Stąd obsesje i wyzwanie. Próbowało wielu, udało się nielicznym, bo choć sonaty i partity nie stawiają zbyt wielkich trudności technicznych, piętrzą za to trudności interpretacyjne.

Muzycy i krytycy zgodnie mówią: do grania utworów solowych Bacha trzeba dojrzeć (tyczy się to zarówno cyklu na skrzypce jak i na wiolonczelę). Ja natomiast dodaję od siebie: do słuchania Bacha na instrument solo też trzeba dojrzeć. W życiu swoim wykonań różnych partit czy sonat słyszałem dużo, nagrania posiadam trzy. Wszystkie wykonania live, które dane mi było usłyszeć, ssą jak jeden mąż (włączając oczywiście moje własne). Tym bardziej intensywne były moje poszukiwania nagrania możliwie doskonałego (to też btw. obsesja). Były, bo wczoraj się zakończyły.

Historycznie pierwszym wykonaniem, jakie usłyszałem, było nieszczęsne nagranie Yehudi Menuhina, którym niestety za młodu bardzo się zachwycałem. Nagranie archiwalne z lat 30tych, więc jakość realizacji potworna. Ale pal diabli realizację, skoro wykonanie tak tragiczne! Menuhin, podobnie jak wszyscy inni Starzy Mistrzowie Żydowscy (nie jestem antysemitą), gra Bacha tak jakby grał Brahmsa. Lukier leje się ze strun w częściach wolniejszych, instrument cały drży od vibrato, a w częściach szybszych jest ostro i z kopyta. Interpretacje złe, zupełnie ahistoryczne, ale wybaczamy, bo działo się to wszystko przed erą HIP, a ponadto Menuhinowi zapisujemy na plus fakt, że nagrał cały cykl jako pierwszy skrzypek w historii. Wybaczamy, ale słuchać nie musimy.

johann_sebastian_bach Drugim wykonaniem, na które natknąłem się całkiem niedawno (przedwczoraj), jest nagranie belgijskiego skrzypka Sigiswalda Kuijkena. Linkuję na wiki, bo postać mi nieznana, a wychodzi na to, że mająca pojęcie o okręcie. Znaczy o muzyce dawnej i barokowej. W rzeczy samej wykonanie Kuijkena różni się od Menuhina pod każdym względem. Skrzypek gra na instrumencie barokowym, brzmienie ma z powietrzem, jest lekko, leciutko, leciusieńko… aż za bardzo. Spieraliśmy się z Karoliną, czy brak mocy w brzmieniu nie jest tylko kwestią użycia instrumentu z epoki — ja tam nie wiem, może i jest. Może nawet za czasów Bacha tak to po dziewczyńsku grano, jednak o ile wyczyny Menuhina były przegięciem w stronę cukru i klezmerstwa, o tyle interpretację Kuijkena uważam za przegłaskaną i nieco za suchą. Still, jest to nagranie lepsze niż poprzednie.

I w tym momencie przychodzi czas, aby wreszcie powiedzieć: „ludzie, jest na świecie tylu skrzypków. Tylu naprawdę złych, słabych skrzypków. Ale na szczęście Bóg dał nam Gidona Kremera, on nas zawsze uratuje”. I tak się, rzekłbym, po prostu dzieje. Gdy już przestajemy wierzyć, że ktoś potrafi te sonaty i partity dobrze zagrać, sięgamy bo nagranie Kremera (ECM 2002). I tam się kończą żarty, a zaczyna się muzyka.

Każdy skrzypek jak i każdy miłośnik Bacha dobrze wie, że najcięższy kawałek z całego cyklu na skrzypce solo to Ciaccona z drugiej partity (BWV 1004), więc rzucamy Kremera od razu na głęboką wodę i każemy mu grać tę Ciacconę. A on nic, po prostu gra, wszystko realizując absolutnie wzorowo. Jak ma być piano, to zaczyna z niczego. Jak ma być schnell, to zaiwania. Akordy wybrzmiewają odpowiednio długo, i nawet ten d-moll na początku tematu! Cudowny! Ani za krótki, ani za długi. Odpowiednio mocny, ale nie przywalony. Arpeggia zaczyna ppp, powoli dochodząc do dynamiki f, w kulminacji części arpeggiowej przesadnie osiadając na mocnych wartościach. Tak! Wreszcie! Ktoś to zagrał dokładnie tak, jak sam bym chciał zagrać, a nigdy nie zagram! Zwierzę się państwu, że gdy wybrzmiała ostatnia pryma Ciaccony, normalnie zacząłem bić brawo. Dla upewniania, czy aby wykonanie innych utworów jest równie fantastyczne, zapodałem jeszcze Preludium i Bourrée z trzeciej partity — jakość interpretacji pozostała ta sama.

No ale dosyć wychwalania Kremera. Wszyscy normalni ludzie wiedzą przecież, że jest on przeskrzypkiem, przeartystą i przewirtuozem. Ideą mojego nieco przydługiego wpisu było wyrażenie odrobiny niechęci do wykonań „skrajnie” uświadomionych historycznie. Bacha nie należy ugłaskiwać, ale nie można też przeginać w drugą stronę. Wyśrodkowane wykonanie Kremera jest właśnie dlatego najlepsze: chłopak znalazł złoty środek. Tak trzeba grać! Tak grajcie, mistrzowie! No ale już dosyć tego dobrego. Wracam do problemów CSP, a wy drodzy czytelnicy, słuchajcie muzyki Kremera.

[ tekst pierwotnie opublikowany tu, przedruk bez niczyjej zgody; zdjęcie jak zwykle z wikipedii, licencja CC-BY-SA-2.5; portret Bacha to obraz autorstwa Haussmanna z 1748 roku; mniemam, że wszelkie prawa autorskie do niego już dawno wygasły. ]

  1. Nie miałem okazji słuchać. Ale jak taka opinia została wystawiona, to chętnie sprawdzę.

    PS: Co do słuchania muzyki podczas nauki – to nie preferuję. Ale np. podczas pisania dłuższych tekstów (wszelkiego rodzaju eseje, a ostatnio praca licencjacka) to uznaję jedynie płytę OSTR „Jazz w wolnych chwilach”.

  2. cholera, to ja ostrym mam taki problem, że: „Hollyłódź” — tak, „Ja tu tylko sprzątam” — jak najbardziej, a „Jazz w wolnych chwilach” jakoś mi nie wchodzi, chociaż wszyscy mówią, że dobry.

  3. To ja mam inną opinię. Jestem fanem wspomnianego Kuijkena – to on właściwie ‚pokazał’ mi te kompozycje. Kremer gra to jakoś nazbyt współcześnie i nie przepadam za jego interpretacją. Ale to może być efektem mojego skrzywienia w kierunku ‚historycznych’ wykonań… ;-)

  4. „Historyczne” wykonania są dobre i mi się wykonanie Kuijkena bardzo podoba, jednak Kremer podoba mi się dużo bardziej. Dlaczego? Dlatego, że Kremer gra w stylu, ale na współczesnym instrumencie, który jest po prostu doskonalszy – moim zdaniem lepiej brzmi, a do tego ma większe ma możliwości.
    Nigdy nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że te barokowe instrumenty brzmiały tak, jak brzmiały, nie w wyniku jakiegoś świadomego wyboru ich twórców, tylko właśnie ze względu na to, że w tamtych czasach lutnicy nie potrafili tworzyć doskonalszych. Oczywiście to tylko wrażenie, nie mam zielonego pojęcia o lutnictwie:-)

    Mam nadzieję, że nie naraziłam się zbytnio obrońcom barokowości barokowych wykonań barokowej muzyki…;)

  5. Helen, masz rację, że barokowe to barokowe, a współczesne to współczesne. Nie można mylić jednych z drugimi. Każde ma w sobie coś innego. Generalnie, jak mam wybierać to przeważnie preferuję grę na oryginalnych instrumentach, ale są nagrania, które są tak doskonałe a grane przez współczesnych, że po prostu nie można ich ominąć. Abstrahując od skrzypcowej muzyki, dam tu za przykład suity bachowskie w wykonaniu przecież współczesnej orkiestry Saint Martin in the Fields pod batutą Nevilla Marinera. Bach na fortepianie to następny temat, G. Gould, R. Tureck, i inni.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: