blog o muzyce jazzowej, czyli

Electric Masada — At the Mountains of Madness

In jazz, recenzje on Marzec 13, 2009 at 22:29

emasada

Prędzej czy później musiała nastąpić recenzja jakiegoś „produktu” Johna Zorna i S-ki — wiedzieliście o tym, moi drodzy czytelnicy. Wiecie przecież, jak dziką mam obsesję na punkcie Masady i jej rozmaitych pochodnych.

Zastanawiałem się, czy powinienem zamieścić słowo wprowadzenia na temat samego Zorna i projektu Masada, ale stwierdziłem że nie da się takiego wprowadzenia zmieścić w kilku słowach, więc poprzestanę na linku do wikipedii i bardzo krótkiej, niekompletnej i krzywdzącej charakterystyki: Masada to granie żydowskiej muzyki na modłę free-jazzową, w składach różnych. W ramach projektu powstało kilka zespołów, które wykonują podobną muzykę, a których liderem (lub jedynym wykonawcą) jest zwykle John Zorn. Najbardziej znane z nich to Masada (lub Acoustic Masada), Bar Kokhba Sextet, Masada String Trio i, będąca przedmiotem dzisiejszych rozważań, Electric Masada. Dosyć wprowadzenia, przejdźmy do recenzji.

At the Mountains of Madness to dwupłytowy album będący zapisem koncertu, a muzyka wykonywana przez zespół Electric Masada to znane kawałki „starej” Masady wykonywane przez skład… ni to jazzowy, ni to folkowy, ni to rockowy. Właściwie, gdybym miał opisać, gdzie brzmieniowo znajduje się Electric Masada, powiedziałbym, że między klezmerskim rzępoleniem a la Itzhak Perlman a trash metalem a la Slayer. Opis dla znawców projektów Zorna brzmiałby tak: Electric Masada to połączenie Naked City i oryginalnej Masady. Nie chcemy nikogo obrazić, ale do Electric Masady trudno przykleić jakąkolwiek łatkę. Ten projekt to po prostu sześciu gości plus jedna Japonka robiący na scenie niewyobrażalnie przeokrutny czad. Jest tu wszystko: żydowskie skale, melodyjne tematy, piękne solówki (na fortepianie elektrycznym, na saksofonie altowym, na gitarze elektrycznej, no po prostu na czymże wujenka sobie życzy!), didżejsko-laptopowe przeszkadzajki i przede wszystkim niesamowita ilość energii. Nazwa jest adekwatna do tego, co słyszymy w głośnikach: ci ludzie mogli by wystąpić równie dobrze w sali koncertowej filharmonii, jak i na zlocie metalowców. Electric Masada przedstawia nam muzykę podobną jak na wydanym rok wcześniej albumie z cyklu 50th Birthday Celebration tyle że, wg mnie, bardziej konsekwentną. Bardziej dynamiczną, bardziej szaloną, bardziej bezkompromisową — po prostu lepszą. Komu podobała się poprzednia płyta, temu ta spodoba się jeszcze bardziej.

Jedynym zarzutem, jaki wobec wszystkich „masad” razem wziętych można wysunąć jest wtórność. Bo spójrzmy prawdzie w oczy: wychwalam ich tu za nowe brzmienia, nowe podejście, ale muzyka (w sensie: nutki), którą grają, to kawałki, które słyszeliśmy już 504 razy. Grała je ekipa oryginalnej Masady już na początku lat 90-tych, ile można tego słuchać? Paradoksalnie, Electric Masada udowadnia słuszność koncepcji Zorna. Grajmy ciągle te same kawałki, ale za każdym razem inaczej. To, co udało im się osiągnąć na omawianym albumie powinno zgasić wszelkie zarzuty wtórności. Wszyscy, którzy zastanawiali się, czy Zorn będzie miał jeszcze coś ciekawego do powiedzenia swoją muzyką, mają teraz odpowiedź i jest nią właśnie Electric Masada.

Na koniec rzucam fragment z koncertu, gdy grają „Karaim”. Specjalnie wybrałem jeden z najspokojniejszych kawałków, żeby nie stracić zbyt wielu czytelników „Tekufah” (lepiej zaznać większego czadu). Panie i panowie, na klawiszach Fender Rhodes — Jamie Saft, na gitarze — Marc Ribot, na perkusji — Kenny Wollesen, na instrumentach perkusyjnych — Cyro Baptista, na basie — Trevor Dunn, na przeszkadzajkach z laptopa — Ikue Mori (nie widać jej wcale, ale słychać) i na saksofonie altowym — John Zorn.

Electric Masada
At the Mountains of Madness
Tzadik 2005

  1. Będę musiał sprawdzić. Bardzo lubię płyty live, także istnieje DUŻA możliwość, że mi się spodoba :)

  2. Wyobrażam sobie, że ci, którzy Electric Masady jeszcze nie znają, mogą nie doczekać się wejśca tematu w powyższym utworze i po porstu wyłączyć te „chaotyczne” dźwięki. Ale warto być cierpliwym, po około trzech minutach cierpliwi zostają wynagrodzeni!:)

  3. Zaopatrzam się właśnie w ten album.

  4. Słuchałem. Drugi krążek podoba mi się bardziej. „Hath-Arob”, „Metla Tov” i „Karaim” – przy tych nutkach odpadłem. Bardzo dobra płyta. Cieszę się, że znam ten adres i dzięki Wam poznałem kolejny ciekawy krążek. Pozdro.

  5. cóż, cała przyjemność po naszej stronie:)

  6. […] elektrycznej masadzie, a na koniec, tak właśnie i nie inaczej, usłyszymy samą Electric Masadę. Tę samą! Tę […]

  7. […] (bębny), Cyro Baptista (przeszkadzajki perkusyjne), Ikue Mori (przeszkadzajki elektroniczne). Było już o tym zespole, więc nie będę się rozwodził ani […]

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: