blog o muzyce jazzowej, czyli

Chick Corea, Gary Burton — The New Crystal Silence

In jazz, recenzje on Kwiecień 23, 2009 at 10:30

corea_burton_silence

Zbieram się i zbieram do napisania tej recenzji, i chyba nadal nie wiem co napisać. The New Crystal Silence to album, który zebrał wszystkie możliwe jazzowe nagrody na świecie, którym zachwycają się wszyscy recenzenci. Na dodatek naprawdę lubię Chicka Corea i Gary’ego Burtona, a już najbardziej lubię ich, gdy grają razem. Co w takim razie sprawia, że nagrana przez nich z okazji 35-lecia współpracy płyta jest taka słaba?

Po pierwsze, wtórność. To jest tak jakby album z cyklu „the best of”. No bo słuchajcie: spotyka się dwóch starych wyjadaczy, co to nie jeden koncert wspólnie grali. Wszystko, co mieli światu do udowodnienia już dawno udowodnili. Obaj są królami rytmu, absolutnymi mistrzami jazzowego pulsu. Obaj są fantastycznymi wirtuozami swoich instrumentów. Dogadują się fenomenalnie, słuchacz odnosi wrażenie, że Corea i Burton urodzili się, żeby grać razem. Nawzajem się napędzają i jednocześnie uzupełniają podczas gry, są po prostu kapitalni. Ich pierwsza płyta, Crystal Silence (ECM 1972), to obecnie klasyka jazzu. Kolejne albumy, jak Duet (ECM 1979) czy Native Sense (Stretch 1997) tylko utwierdzały ich pozycję. Czego więc innego możemy się spodziewać na wydanym ostatnio The New Crystal Silence? Perfekcji technicznej, dojrzałości, pięknego dźwięku, świetnych improwizacji, kapitalnego porozumienia pomiędzy dwoma artystami oraz przede wszystkim niepowtarzalnego brzmienia duetu fortepianu z wibrafonem — wszystko to dostajemy. Tyle, że nie usłyszmy nic nowego.

No dobrze, skłamałem. Jest pewien nowy element i on stanowi jednocześnie drugi powód, dla którego to wydawnictwo jest słabe. Trzeba wam bowiem wiedzieć, moi mili, że The New Crystal Silence to album dwupłytowy. Radzę zacząć słuchanie od płyty nr 2, na której słyszymy tylko wibrafon i fortepian. Płyta nr 1 oferuje nam, niestety, orkiestrę symfoniczną oprócz wspomnianych przed chwilą instrumentów. Tak jest, na płycie nr 1 Gary’emu Burtonowi i Chickowi Corea towarzyszy Sydney Symphony Orchestra. Po co? Nie wiem. Wiem tylko, że nie dość, że ten zespół nie pomaga, to jeszcze przeszkadza i psuje nagranie do tego stopnia, że jeszcze ani razu nie udało mi się całej pierwszej płyty wysłuchać. Wyobraźcie sobie bowiem taką sytuację, moi drodzy czytelnicy: siedzicie wygodnie w fotelu i słuchacie swojego ulubionego „La Fiesta” (bo jakże by mogło nie być ulubione, hę?). Koncertowe wykonanie rozpoczyna Burton, potem wchodzi Corea i razem świetnie improwizują przez kilka minut. Z ich doskonałej improwizacji wyłania się po chwili znany wszystkim temat, który rozpędza się i rozpędza, a gdy już jesteśmy blisko kulminacji, nagle z głośników wydobywa się straszne ŁUP ŁUP ŁUP — odruchowo naciskamy pauzę w odtwarzaczu i zastanawiamy się, co takiego się stało, kto nam to nagranie tak zniszczył? Toż to puzony do spółki z trąbkami i orkiestrową perkusją. Takie nuty napisał im przecież aranżer Tim Garland (Panie miej go w swej opiece). Aranżacje brzmią, jakby je stworzył John Williams na potrzeby filmu katastroficznego. A to smyczki snują niewyraźne plamy dźwiękowe, a to znienacka zaatakuje nas trąbienie sekcji dętej (która to sekcja umie najwyraźniej grać tylko trzy forte, skutecznie zagłuszając wszystkich, z solistami włącznie). Tak, jest to bez wątpienia jedna z najgorszych aranżacji, jakie w życiu słyszałem. Na dodatek ospała orkiestra symfoniczna nie nadąża za niezwykle żywą, rytmiczną grą duetu, spowalniając wszystko i dodając ich dźwiękowi setki niepotrzebnych kilogramów. Fatalnie!

Ale załóżmy, że słuchamy tylko drugiej płyty, z pierwszej czyniąc podstawkę pod kubek do kawy. Wtedy, jak to mawiają w naukowych artykułach, there are two possible outcomes. Albo znacie dobrze nagrania duetu i nie jesteście specjalnie zaskoczeni, ale miło jest wam usłyszeć swoich ukochanych artystów grających po raz kolejny znane wam kawałki, tym razem w odrobinę inny sposób, albo nie znacie duetu wcale i zostajecie momentalnie oczarowani. Wynik może się więc wahać od niecałych czterech przysłowiowych gwiazdek, do gwiazdek pięciu (pozłacanych i z wykrzyknikiem). Starzy fani mogą po tę płytę sięgnąć, jeśli bardzo chcą. Ci natomiast, którym twórczość duetu jest obca, muszą po nią sięgnąć koniecznie (choć… równie dobrze mogą znaleźć na półce w sklepie oryginalne Crystal Silence). Na koniec zamieszczam jeszcze fragment pewnego znanego utworu, na zaostrzenie apetytu tej drugiej grupie.

Chick Corea & Gary Burton
The New Crystal Silence
Universal 2008

%d bloggers like this: