blog o muzyce jazzowej, czyli

David Liebman and Ellery Eskelin — Different but the same

In jazz, recenzje on Maj 17, 2009 at 16:23

liebmaneskelin

Jest to chyba jedyny album, jaki przewinął się przez moje ręce, o którym bym przez dwa miesiące nie wiedział, co napisać. Tak jest, przeszło dwa miesiące wisi już ta recenzja w wordpressowych draftach. Wszystkie poprzednie jej wersje wyrzuciłem, a obecną napisałem bardzo szybko, więcej kasując niż pisząc (stąd taka krótka).

Najpierw krótko o tym, kim są panowie Liebman i Eskelin. Obaj są saksofonistami amerykańskimi, obu szufladkuje się jako artystów awangardowych. Znaczy to ni mniej, ni więcej, że grają inaczej niż większość, nagrywają w niewielkich wytwórniach i… mają niewielu miłośników. Dziennikarze muzyczni piszą, że Liebman gra w stylu Coltrane’owym (cokolwiek by to miało znaczyć), a o Eskelinie mówi się, że gra… po swojemu. Na płycie Different but the same frontmanom towarzyszą Jim Black na bębnach (od kilku lat gra razem z Eskelinem) i Tony Marino na basie. Z dwoma saksofonami tenorowymi brzmienie zespołu jest niecodzienne, ale tego się chyba wszyscy spodziewali, prawda?

Nagranie zrealizowane jest tak, że Liebmana słyszymy cały czas w lewym, a Eskelina w prawym kanale. Dwóch muzyków łatwo od siebie rozróżnić, bo Liebman jest odrobinę bardziej zachowawczy, bardziej techniczny, a Eskelin to żywioł, gra dużo bardziej dynamicznie. Przez jakąś godzinę słuchamy w ich wykonaniu standardów pomieszanych z własnymi kompozycjami, ale choćby nie wiem jak znane kawałki nam grali, grają je inaczej. Przede wszystkim dlatego, że są wielkimi indywidualnościami artystycznymi i ich improwizacje są bardzo oryginalne i intrygujące. A po wtóre dlatego, że mają świetnych sidemanów, ze szczególnym uwzględnieniem perkusji Jima Blacka, który doskonale akompaniuje pokrętnym frazom Eskelina i Liebmana.

Trudno mi napisać o muzyce z tego albumu cokolwiek więcej. Jeśli ktoś spotkał się już wcześniej z muzyką Eskalina i/lub Liebmana, złapał o co chodzi. Jeśli ktoś natomiast nie spotkał się jeszcze z wymienionymi wyżej artystami, to:

  1. Powinien płyty koniecznie posłuchać, bo jest to muzyka awangardowa w najlepszym tego słowa znaczeniu.
  2. Niestety nie posłucha jej u mnie, bo jutub nie oferuje żadnych nagrań, a Ellery Eskelin napisał mi kiedyś, że nie lubi jak się jego muzykę umieszcza w sieci (osobliwe, zważywszy na to, jak bardzo niszowa jest jego twórczość).

Gdybym miał przyznawać jakieś rekomendacje, editor’s choice’y, gwiazdki, albo układać rankingi, to na pewno ten album umieściłbym bardzo wysoko. Jest świeży, oryginalny, intrygujący i, co najważniejsze, nie męczy. Kupcie i posłuchajcie.

David Liebman and Ellery Eskelin
Different but the same
HatOLOGY 2005

  1. Ciekawy pomysł z tym podziałem muzyków na odrębne kanały. Natomiast – odnośnie szufladkowania – jeśli da się rozpoznać w ich grze standardy jazzowe, to jeszcze nie jest całkowita awangarda :) Nie słyszałam żadnego z panów, może kiedyś nadrobię zaległości.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: