blog o muzyce jazzowej, czyli

50th Birthday Celebration

In jazz, recenzje on Październik 23, 2009 at 13:34

50th_birthday_celebration

Pierwszy album z serii 50th Birthday Celebration, który wpadł mi w ręce, to część czwarta, czyli Electric Masada. Byłem wówczas przekonany, że całe to świętowanie 50-tych urodzin to zgryw, a część czwarta jest czwarta, „bo tak”. Okazało się jednak, że Zorn i s-ka nagrali w sumie 12 (!) płyt z okazji 50-tych urodzin lidera, a ja postaram się teraz napisać o nich dwa słowa.

Najpierw akapicik o sprawach podstawowych i najważniejszych, czyli kto gra i co gra. Wszystkie albumy to nagrania live, nagrywane we wrześniu 2003 w klubie Tonic. Po kolei:

  1. Masada String Trio, czyli Mark Feldman (skrzypki), Eric Friedlander (wiolonczela, ach jaka wspaniała wiolonczela), Greg Cohen (bas) i John Zorn (oficjalnie określany jako „dyrygent”; w rzeczywistości siedzący po turecku przed triem i kiwający głową);
  2. Milford Graves (perkusja) & John Zorn (saksofon altowy);
  3. Locus Solus, czyli John Zorn (saksofon altowy), Anton Fier (bębny) i Arto Lindsay (gitara i głos);
  4. Electric Masada, czyli John Zorn (saksofon altowy), Jamie Saft (klawisze), Marc Ribot (gitara, ach jaka wspaniała gitara), Trevor Dunn (bas), Kenny Wollesen (bębny), Joey Baron (bębny), Cyro Baptista (przeszkadzajki perkusyjne), Ikue Mori (przeszkadzajki elektroniczne). Było już o tym zespole, więc nie będę się rozwodził ani linkował;
  5. Fred Frith (gitary) & John Zorn (saksofon altowy);
  6. Hemophiliac, czyli Mike Patton (głos), John Zorn (saksofon altowy) i Ikue Mori (elektronika);
  7. Masada, czyli Dave Douglas (trąbka), John Zorn (saksofon altowy), Greg Cohen (bas) i Joey Baron (bębny);
  8. Susie Ibarra (perkusja), Wadada Leo Smith (trąbka) i John Zorn (saksofon altowy);
  9. John Zorn solo (saksofon altowy); album znany także jako The Classic Guide to Strategy Volume 3: The Fire Book, jako że jest kontynuacją eksperymentów z serii The Classic Guide to Strategy;
  10. Yamantaka Eye (głos, elektronika) & John Zorn (saksofon altowy); w nagraniu wziął też udział Fred Frith (gitara);
  11. Bar Kokhba Sextet, czyli Mark Feldman (skrzypce), Eric Friedlander (wiolonczela), Marc Ribot (gitara), John Zorn („dyrygent”), Greg Cohen (bas), Joey Baron (perkusja), Cyro Baptista (instrumenty perkusyjne); aż trzy płytki materiału!;
  12. Painkiller, czyli John Zorn (saksofon altowy), Mike Patton (głos), Bill Laswell (bas) i Hamid Drake (perkusja).

Uff, wypisane. A teraz nastąpi krótka recenzja masowa, pokazująca jednocześnie moje niezwykle systematyczne (złośliwi powiedzieliby: inżynierskie) podejście do muzyki. Powyższą listę możemy bowiem podzielić na trzy mniejsze, jednocześnie sortując materiał jakościowo.

Materiał Doskonały

  • vol. 1, czyli Masada String Trio;
  • vol. 4, czyli Electric Masada.

Powiedzieć o smyczkowym trio grającym kawałki Masady, że jest kapitalne, to mało. Nie ma tu żadnego zdziadziałego klezmerstwa, jest świeża, porywająca free-jazzowa muzyka na motywy Żydowskie. Ukłony w pas dla Erica Friedlandera, którego wiolonczelowa wirtuozeria i melodyjne improwizacje sprawiają, że ryczę ze szczęścia. Feldman dotrzymuje mu kroku (chociaż uważam, że jest odrobinę słabszy), a Cohen trzyma to pędzące z zawrotną prędkością trio w ryzach. Piątka z wykrzyknikiem, ślina na podłodze i uśmiech od ucha do ucha ilekroć słucham tego doskonałego albumu.

Electric Masada to jakby inna historia. Jeśli Masada String Trio jest pędzącym motocyklem, to Electric Masadę przyrównałbym do startującego promu kosmicznego. Gdy zaczynają koncert, ziemia się trzęsie i rakiety wynoszą ładunek na orbitę. Gdy statek jest już na orbicie, słuchacz ma wrażenie, że wszystko się uspokoiło, ale przecież nadal lecimy z prędkością ponad 20000 km/h. Właściwie wszystko, co napisałem już wcześniej o Electric Masadzie można powiedzieć i o tym nagraniu. At the mountains of madness jest lepsze o tyle, że… dłuższe.

Materiał Dobry

  • vol. 7, czyli Masada
  • vol. 10, czyli Yamantaka Eye & John Zorn
  • vol. 11, czyli Bar Kokhba Sextet

Część 7 i 11 to zornowe granie najbliższe tradycyjnej Masadzie. Jest akustycznie, fajnie, poprawnie, dobrze. Nie ma tu żadnych rewelacji, ale nie zawiedziemy się — dobra muzyka, dobrze zagrana. Z płytą nr 10 jest inaczej. Ona jest… ciężka, ale intrygująca do tego stopnia, że momentami nie sposób się od niej oderwać. Z racji jednak na Wskaźnik Awangardowości bliski górnego końca skali umieszczam ją w drugiej, a nie w pierwszej kategorii.

Waga Superciężka, czyli reszta

Wszyscy ludzie, którzy mnie dobrze znają wiedzą, że jestem miłośnikiem muzyki awangardowej (a przynajmniej uważam się za takiego). Zawsze lubiłem Ornette’a Colemana i wszystkich, którzy szli jego śladami. Jednak to, co prezentują na pozostałych częściach różne składy zornowe przerasta moje możliwości (Wskaźnik Awangardowości wyskakuje tu poza skalę). Powiem wprost: części 12 (Painkiller) i 6 (Hemophiliac) do tej pory nie udało mi się przesłuchać w całości. Nie daję rady, nie rozumiem, nie wiem o co chodzi w tej muzyce. Resztę płyt przesłuchałem, ale najwyraźniej zbyt prosty mam umysł, aby pojąć materiał na nich zawarty. Może poświęciłem zbyt mało czasu na słuchanie? Może zabrakło skupienia? Może trzeba było wcześniej nasłuchać się Naked City albo innych projektów idących w podobnych kierunkach, może na zbyt głęboką wodę się rzuciłem? Nie wiem, po prostu nie wiem co mógłbym napisać o tych albumach. Znalazłem w sieci recenzję części 12, przeczytajcie sobie, a opinię o innych albumach wagi superciężkiej musicie wyrobić sobie sami, najlepiej słuchając ich.

Podsumuję ten przydługi artykuł tak: cała seria 50th Birthday Celebration jest doskonała z kilku względów. Po pierwsze zawiera co najmniej dwie absolutnie kapitalne płyty. Po drugie stanowi przekrój poprzeczny przez różnorodną twórczość Johna Zorna, ukazując go jako artystę wszechstronnego, poszukującego i ciągle oryginalnego. Po trzecie wreszcie, słuchając różnych nagrań z tej serii można stopniowo zwiększać sobie ilość Ładunku Awangardowego, zaczynając od materiału względnie klasycznego (Masada, Bar Kokhba, String Trio), przez lekko awangardowy (Electric) aż po taki, który nie poddaje się żadnym ocenom (Hemophiliac). Spróbujcie.

Pe.Es.
Ależ oczywiście, że się obroniłem. Ależ oczywiście, że postawili mi same piątki (z drugiej strony nie ma się co chwalić, teraz wszystkim stawiają piątki).

  1. Do albumów Painkiller’a i Hemophiliac’a trzeba podejść jak do doświadczenia „w ogóle”, a nie jak do doświadczenia „muzycznego”.
    Trzeba otworzyć umysł i wyrzucić z niego wszystko to, co wpajano nam od dziecka na temat muzyki. Materiał zawarty na tych albumach można jednak nazwać inaczej – „organization of sound”, jak mówił o swoich dziełach Bóg Awangardy John Cage, lub też: „dźwiękowy happening”, „dźwiękowy obraz”, „dźwiękowe doświadczenia”. Bo fakt faktem, że czasami takie eksperymenty wychodzą poza przyjęte normy „muzyki”. Analogicznie, jak z Duchampem-malarzem domalowującym wąsy Monie Lisie. ;)

    Pozdrawiam serdecznie. ;)

  2. ja naprawdę starałem się tak właśnie podchodzić, an sich. „organization of sound” mówisz, zgoda, ale dźwięk na tych albumach wcale nie jest zorganizowany!:)

    nie wiem, być może jestem jeszcze za młody, zbyt niedojrzały muzycznie. może przyjdzie kiedyś odpowiedni czas i Painkillera zrozumiem.

  3. aha, to jeszcze pociągnę wątek odrobinę: rozumiem, że Painkiller czy Hemophiliac wykraczają już nieco poza muzykę, że to po prostu… zbiory dźwięków (nieprzeliczalne, prawda?;)). problem z takim podejściem jest taki, że materiału nie można w żaden sposób kontestować ani rzetelnie opisać. right?

  4. Zobaczyłem słowo „Celebration” i już myślałem, że coś o Madonnie jest. ;) Wiem, skrzywienie. A już całkiem serio, to nic z w/w tytułów nie słyszałem, więc… będę musiał sprawdzić. Cieszę się, że na blogu pojawił się po przerwie jakiś wpis. Brakowało mi tego. Pozdrawiam. :)

  5. Panie Axun, jest duża szansa, że teraz wpisy znów będą się tu pojawiać regularnie. pozdrawiam również.

  6. @Piotr Kaźmierczak:
    Co do Hemophiliac’a mogę się zgodzić – to w sumie jest dźwiękowy chaos. Ale ostatni PainKiller jest, moim skromnym zdaniem, całkiem sprytnie „zaimprowizowany” i ciekawy. Osobiście lubię wypełniać mój pokój takim „doświadczeniem”. ;)
    Materiał tego typu można chyba rzetelnie opisać, gdyż sztuka jako taka jest skrajnie subiektywna. Jeżeli ktoś lubi coś takiego, to znajdzie wiele słów na podzielenie się swoimi spostrzeżeniami. Ja, i z pewnością również Pan (sugerując się gustem muzycznym), też nie potrafilibyśmy opisać hmmm… muzyki pop, czy country – np. dla mnie to wszystko brzmi tak samo i nie rozumiem, jak można tego słuchać. ;) Podobnie jest pewnie z wieloma osobami, które słuchają awangard Zorna. Ale chyba coś w takiej muzyce jest, skoro taki np. Keith Rowe jest czczony jak Bóg –> http://www.youtube.com/watch?v=Eb-GPdnfbyI

    To, co dana osoba oczekuje od muzyki, też wpływa na jej gust i odbiór różnego rodzaju artystów. Ja osobiście jestem smakoszem właśnie „dźwięku” – uwielbiam zabawę z nim i poznawanie, jak coś brzmi i co z tym brzmieniem można ciekawego zrobić. Pewnie taka sama idea towarzyszyła Zornowi w czasie grania z Homo… i PainKillerem. I pewnie dla tego typu odbiorców przeznaczona jest ta twórczość. Nie trzeba (a nawet nie powinno się) lubić wszystkiego. „Coś, co podoba się wszystkim, jest do d***”, jak to mówią. ;)

    Pozdrawiam serdecznie. :)

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: