blog o muzyce jazzowej, czyli

Posts Tagged ‘fortepian’

Herbie Hancock — Gershwin’s World

In jazz, recenzje on Listopad 9, 2009 at 14:42

gershwins_world

Z tą płytą wiąże się pewna przykra historia, którą wam teraz, drodzy czytelnicy, opowiem. Otóż w czasach bujnej młodości studenckiej mieszkałem w Warszawie razem z dwoma przyjaciółmi. Jeden z nich miał niezwykle szkodliwą, jak się potem okazało, skłonność do studentek FUW-u, i gdy jedna z tych studentek odwiedzała kiedyś nasze mieszkanie, zauważyła na mojej półce płytę Herbiego Hancocka i s-ki pt. Gershwin’s World. Zapytała, czy może ją pożyczyć, a ja oczywiście z wrodzonej grzeczności zgodziłem się. Przyjaciel mój wkrótce potem rozstał się rzeczoną studentką, a płyta moja przepadła. Ten przydługi wstęp stanowi więc swego rodzaju apel: niecna koleżanko, jeśli to czytasz (a jestem przekonany, że nie czytasz), pokalaj się, przyodziej wór pokutny i oddaj mi moją płytę!

Ale dosyć już sensacji, mówmy o muzyce. Album Gershwin’s World nie jest nowy, na dodatek o ile mi wiadomo nadal cieszy się dobrymi wynikami sprzedaży. Ten album jest trochę jak film Ocean’s Eleven — wiemy, czego się spodziewać, żadna rewolucja nas nie spotka, a mimo to chętnie oglądamy, głównie ze względu na sprawną realizację i plejadę gwiazd. Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

Chick Corea, Gary Burton — The New Crystal Silence

In jazz, recenzje on Kwiecień 23, 2009 at 10:30

corea_burton_silence

Zbieram się i zbieram do napisania tej recenzji, i chyba nadal nie wiem co napisać. The New Crystal Silence to album, który zebrał wszystkie możliwe jazzowe nagrody na świecie, którym zachwycają się wszyscy recenzenci. Na dodatek naprawdę lubię Chicka Corea i Gary’ego Burtona, a już najbardziej lubię ich, gdy grają razem. Co w takim razie sprawia, że nagrana przez nich z okazji 35-lecia współpracy płyta jest taka słaba?

Po pierwsze, wtórność. To jest tak jakby album z cyklu „the best of”. No bo słuchajcie: spotyka się dwóch starych wyjadaczy, co to nie jeden koncert wspólnie grali. Wszystko, co mieli światu do udowodnienia już dawno udowodnili. Obaj są królami rytmu, absolutnymi mistrzami jazzowego pulsu. Obaj są fantastycznymi wirtuozami swoich instrumentów. Dogadują się fenomenalnie, słuchacz odnosi wrażenie, że Corea i Burton urodzili się, żeby grać razem. Czytaj resztę wpisu »

Diana Krall — Quiet Nights

In jazz, recenzje on Kwiecień 6, 2009 at 13:40

quietnights

Chyba jeszcze nigdy żadnej płyty nie zjechałem na łamach JazzLoga, więc może najwyższa pora? Niestety jechanie po Dianie Krall jest o tyle niebezpieczne, że ryzykuje się utratę wielu czytelników, w końcu ta urocza Kanadyjka ma tak wielu fanów…

Nigdy nie byłem miłośnikiem ani pani Krall, ani jej muzyki, zaznaczę od razu. Do przesłuchania płyty i napisania jej recenzji zachęcił mnie tekst Axuna, świetne wyniki sprzedaży i… no cóż, trudno nie pisać o płycie, o której wszyscy piszą i mówią, prawda? Zaznaczając na samym początku, że recenzja jest negatywna, zachęcam tym bardziej do jej przeczytania, szczególnie miłośników Diany Krall — nie wiem czy tylko ja tak mam, ale negatywne recenzje ulubionych artystów czyta mi się najlepiej.

Do muzyki Diany Krall świetnie stosuje się „zasada pierwszego zdania”, wyznawana przez niektórych pisarzy i logików, tutaj przeobrażająca się w „zasadę pierwszych taktów” — włączamy płytę i już po pierwszych kilku taktach wiemy, że będzie źle. No, może nie od razu źle, ale co najwyżej średnio. Albo po prostu: tak jak zwykle. Czytaj resztę wpisu »

Matthew Shipp — Equilibrium

In jazz, recenzje on Luty 27, 2009 at 11:45

equilibrium

Matthew Shipp to pianista, który na swoim koncie ma projekty przeróżne. Zgodnie z tym, co możemy przeczytać w wywiadach dostępnych na stronach serwisu diapazon.pl, w jego twórczości obecne są dwa wątki odpowiadające dwóm koncepcjom muzyki, a także – dwóm głównym wytwórniom, dla których muzyk nagrywa płyty. Z jednej strony jest to muzyka kameralna, nagrywana dla szwajcarskiej wytwórni HatHut, z drugiej – dziwaczne, wydawało by się, próby łączenia jazzu z rockiem czy hip-hopem, wydawane przez amerykańskie Thirsty Ear. Matthew Shipp eksperymentów się nie boi, o czym czytelnicy JazzLoga mieli już okazję się przekonać przy okazji recenzji projektu Antipop Consortium.

Do tego eksperymentalnego nurtu wpisuje się również płyta „Equilibrium”, na której pianiście towarzyszą basista William Parker, perkusista Gerald Cleaver, wibrafonista Khan Jamal oraz odpowiedzialny za elektronikę i syntetyzatory FLAM (aka Chris Flamm). Jest to pierwsza płyta Matthew Shippa z którą się w ogóle zetknęłam i muszę przyznać, że wrażenie wywarła na mnie wówczas bardzo silne ze względu na różnorodność środków wyrazu, po które artysta sięga. Z czasem wrażenie to osłabło, do czego przyczyniło się między innymi wspomniane nagranie Antipop vs. Matthew Shipp, które stanowi w pewnym sensie duży krok naprzód w muzycznych poszukiwaniach. Mój stosunek do „Equilibrium” stał się więc trochę mniej jednoznaczny, mniej jest w nim bezkrytycznego zachwytu, ale przyznaję, że wciąż lubię tej muzyki posłuchać. Czytaj resztę wpisu »

Antipop Consortium — Antipop vs. Matthew Shipp

In jazz, recenzje on Luty 19, 2009 at 14:30

antipop

Bardzo lubię muzykę hip-hopową i mówię to zupełnie poważnie. Od mniej więcej 1998 jestem wielkim fanem hip-hopu, najpierw czarnego (Chuck D jest najlepszy, ’cause D is for dangerous, you can come and get some of this), potem polskiego (ka-cztery-cztery, wujek, didżej wart ceny ściśle), ale nigdy nie myślałem, że muzykę czarnych gangsterów da się połączyć z jazzem.

Mieszanie gatunków to niebezpieczny eksperyment, którego, muszę przyznać, nie jestem miłośnikiem. Wsadzanie zespołu heavy-metalowego do kompozycji orkiestrowych może się skończyć jedynie tragicznie, a więc z hip-hopem teoretycznie powinno być tylko gorzej. Jedyna udana próba, jaka przychodzi mi w tej chwili na myśl, to koncertowy Portishead (Roseland NYC Live, Island Records 1999), ale tam mieliśmy bardzo przemyślaną koncepcję: trupio-elektroniczny zespół ożywia swoją, jak się okazało, całkiem ekspresyjną muzykę żywymi instrumentami, a więc i smyczkowe sample zastępuje prawdziwą orkiestrą. Jednak takie przypadki są na tyle rzadkie, że pomijalne. Pomijam również znienawidzonych przeze mnie mistrzów gramofonu, skalpele i inne didżeje. Mówmy o muzyce. Czytaj resztę wpisu »

Keith Jarrett — Sun Bear Concerts

In jazz, recenzje on Luty 5, 2009 at 15:32

jarrett-sunbear

Keitha Jarretta chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Podobno niektórzy twierdzą, że jest egocentrycznym wariatem, bo podczas swoich solowych koncertów przerywa grę, gdy ktoś z publiczności za głośno kichnie, a jeśli, nie daj Boże, publika zachowuje się ogólnie za głośno, potrafi przerwać występ. Nie lubi udzielać wywiadów, wysyła listy ze skargami do recenzentów, którzy nieprzychylnie wypowiadają się o jego albumach i jest niezwykle wyczulony na punkcie jakości własnych nagrań. Co by o Jarrecie jednak nie mówić, jest genialny. Nagrywał w wielu różnych zespołach, od Milesa począwszy, a na swoim standards trio z Peacockiem i De Johnettem skończywszy, ale największe swoje albumy nagrał sam, zwykle na żywo.

Pewnie najbardziej wszystkim znany jest koncert z Kolonii (The Köln Concert, ECM 1975), dla wielu miłośników jazzu najlepszy solowy improwizowany koncert fortepianowy wszech czasów. Później ECM wydawało kolejne zapisy solowych improwizacji, koncerty z Paryża, Wiednia i chronologicznie ostatni z Nowego Jorku (The Carnegie Hall Concert, ECM 2006). Przyznam, że moim ulubionym koncertem jest ten z Wiednia (Vienna Concert, ECM 1991) i choć nowych też lubię posłuchać, to stęskniłem się trochę za „wczesnym Jarrettem”, takim z czasów kolońskich. Jeśli ktoś jeszcze tak samo tęskni(ł), to mam dla niego dobrą i złą wiadomość — firma Manfreda Eichera ponownie wydała zapis koncertów z Japonii, z 1976 roku. Może najpierw powiem, dlaczego wiadomość jest nieco zła. Czytaj resztę wpisu »

Brad Mehldau i jego rockowe wybryki

In jazz, przemyślenia on Listopad 30, 2008 at 20:43

Cechą charakterystyczną muzyki i kultury jazzowej jest to, że kreuje ona, jak żadna inna, Wielkich Liderów. Można by wymienić mnóstwo nazwisk: Duke Ellington, Charlie Parker + Dizzy Gillespie, Louis Armstrong, Ella Fitzgerald, aż w końcu Miles. Miles, co by o nim nie mówić, oprócz pisania i grania wspaniałej muzyki, zasłużył się ludzkości głównie jako nauczyciel, albo raczej jako Wielki Lider, przy którym wyrastali geniusze. Każdy, kto się o Milesa otarł, kto gdzieś kiedyś w jednym z niezliczonych projektów Mistrza się udzielił, stawał się sławny. Wielki Lider, a jakże, miał też piękną zdolność metaliderszipu (proszę wybaczyć okropny neologizm), dzięki czemu tworzył następnych Wielkich, którzy dalej nauczali. Mam konkretnie na myśli czterech pianistów, którzy wychowali się przy Milesie: Jarretta, Hancocka, Corea i Zawinula. (poza nimi chyba największym uczniem Davisa był John C. Johna C. jednak zostawiamy, a zajmiemy się pianistami, bo przecie fortepian najważniejszym instrumentem świata jest) Wielu krytyków, wskazując na postępujący wiek wielkiej czwórki (Jarrett już prawie nie koncertuje i nie nagrywa, Zawinul zmarł w zeszłym roku), poszukiwało od pewnego czasu kolejnego wielkiego pianisty, wielkiego lidera, który pociągnąłby za sobą młodych. W kategoriach trąbienia mówi się o Douglasie, a w kategoriach klawiszy — o Bradzie Mehldau. Czytaj resztę wpisu »

Deluxe Edition

In jazz, przemyślenia on Listopad 24, 2007 at 20:15

alovesupreme nieznośny nalot płyt w wersjach „deluxe” szturmuje warszawskie empiki. teraz (bo jest już przed świętami przecież) nie da się już kupić albumu w „normalnej” wersji, teraz są tylko wersje „deluxe”, „special” i „total hiper czad”. nie kupicie płyty „Violator” Depeszów, za to dostaniecie Depeche Mode – „Violator. Collectioner’s edition”, która oprócz krążka CD z muzyką zawiera DVD z wywiadami, materiał „making of”, zdjęcia muzyków, reżyserów dźwięku, mikrofonów i psa stróża.

corea_childrens

ma to też swoje dobre strony, bowiem wczoraj udało mi się kupić „A Love Supreme” Trane’a w wersji Deluxe, a jakże. dwa krążki, jeden studyjny, drugi koncertowy, bonus tracki, ładne opakowanie etc. kosztowała trochę więcej, ale w sumie jak się nie ma takiego albumu w domu, to wstyd się na ulicy pokazywać. okres przedświąteczny to także okres wznowień, tym samym udało mi się dopaść z dawna poszukiwane nagranie Chicka Corea „Children’s Songs” – zestaw uroczych miniatur na fortepian solo. miód, palce lizać, dasnichts poleca wszystkim oba albumy.